Myśli przy końcu drogi cz. IV

Natasza, 48 lat, rozpoznanie – nowotwór płuc (pacjentka hospicjum):

Wszystko, co pan chce, napiszę. Dużo mówić nie mogę, bo krtań mam rozciętą i rurkę założoną. Jutro rano napiszę. Teraz nie mogę. Ksiądz Chrystusa za chwilę będzie nam rozdawał.

Zapiski Nataszy: Z mieszkania zostałam eksmitowana. Nie było ratunku. Odwołanie w sądzie przegrałam. Spałam najpierw w piwnicy. Potem różnie: na dworcu, pod mostem, we wsypach na śmieci – gdzie tylko można. Żeby przeżyć. Dopóki byłam zdrowa, jakoś się żyło. Potem zwróciłam się do opieki społecznej o pomoc w formie ciepłego obiadu. Zajęli się mną, jak tylko mogli najlepiej. Aż w końcu pod mostem dzieciaki mnie spaliły. Zrobili to przy samym kościele, na oczach ludzi, z których nikt nie reagował, z zimną krwią, bez sumienia. Jeden z tych chłopaków był nawet ministrantem. Cały dobytek w ogniu straciłam: ciuchy, dokumenty, zdjęcia pamiątkowe. Wszystko poszło z dymem. Dobrze, że jak podpalali, to mojego przyjaciela ani mnie tam nie było, bo byśmy się pewnie usmażyli jak na rożnie w tym pożarze. Dwóch chłopaków i dziewczyna oblali nasze rzeczy denaturatem, a dwóch innych na czatach stało. Ludzie z wieżowców widzieli jednak to zajście. Powiedzieli nam, kto to zrobił. Dzieci z podwórka zaprowadziły mnie do rodziców jednego z tych podpalaczy. Ci ludzie byli w porządku. Dali mi nawet pieniądze za zniszczone dokumenty, ale inni – nic nie dali, tylko nakrzyczeli i wyzwali od najgorszych. Szkoda opowiadać… Ludzie dzisiaj są nerwowi. Ja to rozumiem. Tylko dlaczego wszystko mi zniszczyli? Przecież spokojnie sobie mieszkałam i nikomu krzywdy nie robiłam. Czy to moja wina, że nie potrafię radzić sobie w życiu, żeby stać mnie było na mieszkanie i jedzenie? Czy to moja wina, że choruję i umrę?

Rodziny właściwie nie posiadam, nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Syn uważa, że jak matka zbiera złom, to dla rodziny zupełnie się nie liczy, i wstyd jej tylko przynosi. Chociaż jak trafiłam tutaj, to niektórych z rodziny sumienie ruszyło. Odwiedzili mnie. Syn, synowa i wnuki jednak nie przyszli. A ja dla syna taka dobra byłam. Troszczyłam się o niego, kiedy tego potrzebował. Smutno mi bardzo bez jego zainteresowania. Jedyna moja radość, że mogę tutaj jakoś chorym pomagać. Doglądam ich, sprawdzam, czy jeszcze żyją i, jak trzeba, wołam pielęgniarki. Tutaj ludzie naprawdę są ciężko chorzy. Trzeba ich pocieszać, podtrzymywać na duchu. Dla siebie wiary i nadziei poszukuję w Bogu. Dużo się modlę na różańcu i sakramenty przyjmuję.

Miałam kiedyś kolegę. Reportera, tak, jak pan. Piliśmy dużo, ale on nie patrzył, jak mnie wykorzystać. Był w porządku. Miałam z nim bardzo wiele wrażeń. Przez jedne wakacje. Włóczyliśmy się po całej Polsce, aż w końcu przyjechaliśmy nad morze. Tyle tam śledzi smażyliśmy, że liter na jednego to była bułka z masłem. Całkiem w porządku ten reporter był. Pan chyba też taki jest? Może, jak stąd wyjdę i wrócę do zdrowia, poznamy się lepiej. Bardzo lubię ludzi.

Niech pan coś zrobi! Upał straszny, ledwo oddycham, a na dodatek pielęgniarki mnie wkurwiają…

Myśli przy końcu drogi, Wojciech Szczawiński, Wydawnictwo Literackie 2004

Informacje o szczaw

drobinaszczawiu@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Myśli przy końcu drogi cz. IV

  1. Basia pisze:

    Dzisiaj wracając z pracy zobaczyłam na tyłach kiosku mężczyznę na wózku inwalidzkim.
    Wyglądał jakby żebrał, choć dziwne miejsce wybrał, może ktoś go tam posadził, nie wiem…
    Byłam zmęczona, wkurzona różnymi wydarzeniami, głodna itd. Ominęłam go. Potem wróciłam,
    bo wyrzuty sumienia mnie dosłownie kuły.Spytałam, co się stało, że tak tu siedzi. Był chyba pijany, ledwo mówił, zrozumiałam, że zbiera na jedzenie. Poszłam do sklepu coś mu kupić. Dałam, powiedział: „z Bogiem”, a ja poszłam do domu. Odwróciłam się, siedział tam dalej, sam , za kioskiem. Ogólnie ja nie za bardzo daję sobie radę w życiu, więc rozumiem, że ktoś może mieć kilka gorszych miesięcy i jest na bruku. Rozwala mnie to za każdym razem-ten widok-człowiek leżący, brudny, chory, żebrzący i przechodzący obok ludzie(w tym ja) sparaliżowani lękiem i niemocą wobec sytuacji tego człowieka. Boli mnie też to,że tyle dżungli w tych miastach.
    Słabi idą na bok…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s