Pilch i Małysz – dwaj wiślacy

Kiedy zatelefonowałem, by umówić się na rozmowę, usłyszałem: „Dla mojego kochanego „Sportu”? Naturalnie”. To było tuż po tym, kiedy Pilch dostał Nike za „Pod mocnym aniołem”. A w polskich skokach narciarskich panowała wtedy tzw. Małyszomania (zapewne poprzedniczka tzw. Stochomanii).

– W tym roku za książkę „Pod mocnym aniołem” otrzymał pan najbardziej prestiżową literacką nagrodę w Polsce, natomiast Adam Małysz zwyciężył w Pucharze Świata. Mieszkańców Wisły musi więc rozpierać duma, że obaj panowie pochodzicie z ich miasta. Uważam zresztą, iż pomiędzy pańskim życiem, a życiem Małysza istnieje pewna analogia. Obaj przechodziliście kryzys: pan – problemy nałogu, Adam Małysz – niepowodzenia sportowe, które pod koniec lat 90. doprowadziły go nawet do myśli, by sport porzucić.

– Moje życie było burzliwe, bankietowe i cyganeryjne. Jako człowiek trunkowy – w poprzednim wcieleniu – nie napisałem „po kielichu” ani linijki. Okresy pomyślne dla pracy jednak miałem, bo tych parę moich książek z niczego się przecież nie wzięło. Nie ma czegoś takiego jak flaszka do południa, a potem tworzenie przy maszynie do pisania z wynikiem trzydziestu stron w ciągu dnia. Tego typu wyobrażenia to czyste frajerstwo. Moje słabości eliminowały mnie z aktywności zawodowej, chociaż pracować zawsze lubiłem. Żeby jednak móc to robić, musiałem znajdować się w stanie zupełnej czystości, nawet nie na kacu. Uważałem i nadal uważam, że w literaturze i sztuce rzeczy wielkie można tworzyć jedynie z sumiennością księgowego.

– Sumienność to podstawa luteranizmu – wiary zarówno pańskiej, jak i Adama Małysza. Właśnie w nastawieniu luteran do pracy niektórzy dopatrują się istotnej przyczyny zwycięstw naszego skoczka. Literacka nagroda Nike udowodniła, że panu te reguły też obce nie są.

– Wychowałem się w bardzo ortodoksyjnej rodzinie luterskiej. Dwie naczelne, biorące się z luteranizmu, zasady rodzinne to

porządek w życiu i doskonałość w robocie

Owa doskonałość polega nie tylko na tym, że trzeba przykładać się do pisania książek albo sportowego treningu, lecz także do zajęć zupełnie prozaicznych, na przykład do zamiatania izby – wkładać w tę czynność całą solidność, na jaką człowieka stać. Małysz tę cechę musi mieć. Ja chyba także ją posiadam.

– Osobistym dramatem Adama Małysza jest to, iż zmuszony jest nieustannie mierzyć się z bezwzględnością ludzkich oczekiwań. Niektórzy uważają nawet, że jeśli Małysz na igrzyskach w Salt Lake City nie stanie na najwyższym podium, będzie to dla wielu Polaków niemal tragedia narodowa. Zgodzi się pan chyba, że taki sposób rozumowania to czysty idiotyzm?

– Jest to idiotyzm oczywisty. Za takie reakcje nie biorę jednak odpowiedzialności. Nie mam też w sobie potencji, żeby je likwidować. Prawdę powiedziawszy – trudno je nawet kwestionować. Polski sport ma rzadkie sukcesy. Jeśli więc wreszcie pojawił się zawodnik, który potrafi powtarzać swoje zwycięstwa na najwyższym światowym poziomie, to bezkarna euforia polskich kibiców staje się czymś naturalnym. Oczywiście taka sytuacja rodzi trudności nie tylko dla Małysza, ale także dla ludzi z jego otoczenia. Każdy zwycięzca i mistrz nabywa jednak mit, który musi dźwigać.

– Sądzi pan, że Małysz temu podoła?

– Jestem tego pewien.

– Wspólna wiara, to samo miasto rodzinne… Jak odbiera pan osobę najlepszego na świecie skoczka narciarskiego?

– Małysz jest dla mnie w sporcie tematem pierwszoplanowym, podobnie jak dla wszystkich kibiców w Polsce, jak również tych ludzi, którzy sportem interesują się umiarkowanie. Siła jego fenomenu polega na powtarzalności. Pomimo że przed kilkoma laty niektórzy twierdzili, że z tego zawodnika nic już nie będzie, wszedł on w kategorię, która w polskim sporcie nie ma analogii. Niezwykle rzadko zdarza się przecież, by zawodnik w każdym turnieju, w którym bierze udział, odnosił sukces. Z tego wynika nasz sceptycyzm, a jednocześnie podziw dla Małysza. Przywykliśmy do zmarnowanych talentów albo jednorazowych bohaterów w typie Wojciecha Fortuny. Znamy też dziesiątki przypadków, kiedy ktoś dobrze zapowiadający się nie potrafi sprostać wyzwaniom:

rozpija się, małżeństwo mu szkodzi

albo woda sodowa odpierdala mu do głowy. Powody ludzkich klęsk bywają banalne i jest ich tysiące, mało jest natomiast tych, dzięki którym talent można kształtować i przekładać go na konkretne wyniki. Podświadomie uważamy więc, że takie, niemal maszynowe, pasmo zwycięstw jest niemożliwe. Jednak w Małyszu zawiera się coś więcej niż mechaniczna sprawność. Ten facet lubi po prostu skakać, jest ponad tym wszystkim. Sądzę, że kiedy wybije się z progu skoczni, to chce być w powietrzu jak najdłużej. Co on tam czuje i co myśli jest dla mnie niewyobrażalne. Na nartach nie jeżdżę, a mój lęk przestrzeni graniczy z pomieszaniem zmysłów.

– Gra pan jednak w piłkę nożną.

– Piłka odegrała w moim życiu niezwykle znaczącą rolę. Dzieckiem byłem chorowitym, zezowatym i miałem skłonność do leworęczności. W wieku siedmiu czy ośmiu lat nosiłem już okulary, co w wiślańskiej społeczności, pod koniec lat 50. powodowało, że znajdowałem się niemal poza marginesem ludzkości. Byłem też absolutną fujarą i outsiderem sportowym. Ale stary kupił mi kiedyś prawdziwą piłkę nożną, słynną żółtą, węgierską futbolówkę, nie wiązaną, lecz pompowaną „na igłę”. Jako jedyny chłopak w okolicy byłem posiadaczem takiej piłki, w związku z tym, jeśli moi o wiele sprawniejsi koledzy chcieli tą piłką zagrać, musieli robić to ze mną. Innego wyjścia nie mieli. W ciągu dwóch, trzech lat, dzięki nieustannym treningom, zacząłem w piłkę grać dobrze, do tego stopnia, że zająłem pozycję w ataku. Tamto doświadczenie nauczyło mnie, że dzięki wytrwałej pracy można osiągnąć w życiu sporo – z kompletnej fujary klasowej i outsidera stać się jednym z najlepszych futbolistów w klasie. Przechodząc przez różne szkolne drużyny zawsze byłem jednym z najlepszych piłkarzy.

– Kiedy rozegra pan najbliższy mecz?

– Prawdopodobnie tuż przed świętami. Prowadzimy rozgrywki wewnątrz redakcji „Polityki”. Od zeszłego roku grywamy też w Nowy Rok, podobnie jak Cracovia ma swój słynny noworoczny trening. Pierwsza bramka w nowym roku zawsze strzelona jest przez zawodnika Cracovii. Pokazują to nawet w głównych telewizyjnych wiadomościach.

– Wróćmy do tematu alkoholizmu tak wnikliwie opisanego przez pana w książce „Pod mocnym aniołem”. Polacy „za kołnierz nie wylewają”. To powszechnie wiadomo, a z przeróżnych trunków korzysta się także w świecie sportowym. Przykład piłkarza Moussa Yahayi, którego odwieziono nawet do izby wytrzeźwień, wywołał powszechny w społeczeństwie niesmak, dowiódł po raz kolejny, że sportowcy pili, piją i pić będą nadal.

– Yahaya miał pecha, ponieważ dał się złapać. Piją przecież wszyscy, a – jak napisał pewien klasyk – nawet ci, którzy nie piją, nie robią tego tylko dlatego, bo nie wiedzą, że mają ochotę się napić. Sportowcy są taką grupą w społeczeństwie, którą lepiej widać. Z tego względu, jeśli któryś się upije i da się złapać, to od razu

przeprowadza się bezpośrednią transmisję z izby wytrzeźwień

A nie jest przecież tak, że zawodnicy piją więcej niż krawcy. Oni piją tyle samo co krawcy, policjanci i dziennikarze. Robią to, bo chcą doznać rozluźnienia, rozweselenia i zyskać większą śmiałość wobec panienek, czyli z tych powodów, dla których piją wszyscy ludzie. Nie ma sensu zbytnio histeryzować.

– A jak traktuje pan coraz częstsze głosy, które mówią o tym, że współczesny sport stał się wynaturzeniem, natomiast ideały w nim zawarte dawno odeszły w zapomnienie?

– Jestem dosyć sceptyczny wobec tej rzekomej grozy wiejącej od sportowej obyczajowości. Wbrew temu co się dzisiaj mówi wizytę na stadionie niekoniecznie trzeba przepłacić życiem. Wybierając sobie spokojne miejsce da się mecz obserwować. Nikt nie każe mi przecież siadać w sektorze szalikowców. Inna rzecz, że nie można pozostawać ślepym na zmianę obyczajowości. Kiedy przed laty chodziłem w Krakowie na pierwszą ligę absolutnym kresem ekspresji negatywnej były słowa: „Sędzia kalosz!”. Było to tak plugawe wyrażenie, że starsi kibice napominali młodszych, że w ten sposób krzyczeć nie można. Trzeba jednak pamiętać, że w latach 60. kibic czterdziestoletni pamiętał jeszcze wojnę, czyli czas, w którym przeżywał silne emocje wynikające z zaistniałej wtedy sytuacji. Dzisiaj natomiast emocji wojennych nikt już nie przeżywa, a wielu młodym ludziom ten świat wydaje się nudny i zatrważająco spokojny. Tymczasem podczas meczu mogą wykrzyczeć co tylko chcą i spuścić sobie wpierdol niemal legalny, ponieważ nie idą na mecz, tylko na bitwę. Sami zresztą tak to określają. Jest to cena, którą płacimy za wolność.

– Nie razi pana sportowe przekupstwo i niedozwolony doping? Są tacy, którzy twierdzą, że to, co dzisiaj zwie się sportem, to nic innego jak teatr, kolosalne oszustwo preparowane dla tłumu.

– Oczywiście, że sport to kłamstwo, ale sprawa prosta nie jest, bo zadaniem sportowego widowiska jest wzbudzenie u kibica silnych emocji. Mafijność życia powoduje, że następują

oszukańcze sposoby napędzania zwycięstw

Nie musi to mieć jednak wpływu na poziom moich emocji. Jeśli siedzę na trybunie i wiem, że obie drużyny zostały przekupione, to moją ciekawość budzi fakt, kto dał więcej, a tę informację przynosi dopiero końcowy gwizdek sędziego. Podobnie może się dziać na stadionie lekkoatletycznym: jeżeli startuje sześciu sprinterów i każdy z nich ma taką samą szansę nakoksować się i wygrać, to ten, który nakoksował się najlepiej, a przy tym nie dał się złapać, jest w jakimś sensie najlepszy. Posiada przy tym urok gangstera, który wszystkich zrobił w chuja. Nie ma takiej możliwości, żeby marny zawodnik dzięki „koksowi” zrobił jakiś znaczący wynik. Z „koksem” czy bez niego, zawsze zwycięża absolutna czołówka. Lubię piłkarzy-bandytów w stylu Bońka, którzy grają „po kościach”. Nie twierdzę, że zalecam ten etos. Mówię tylko, że mam do niego słabość, podobnie zresztą jak miliony ludzi na tym świecie. W sporcie interesuje mnie, kto wygra, a bandytyzm jest składnikiem każdej dyscypliny. Nawet szachów. W słynnym meczu Sspaski-Fischer Fischer zwyciężył dlatego, że wykończył Sspaskiego psychicznie, pozasportowymi metodami. Działał – jak to mówił Lech Wałęsa – na granicy prawa. I o to przecież w sporcie chodzi. Daleki jestem także od tego, by sport obciążać ideologicznie albo posłanniczo. On ma zaspokajać mój głód sportowy, a nie egzystencjalny.

– Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, usłyszałem, że dziennik „Sport” był gazetą pańskiej młodości; że przed laty stanowił dla pana istotne źródło informacji o świecie. Czy można zatem powiedzieć, iż literacko-dziennikarski warsztat Jerzego Pilcha ukształtował się również na „Sporcie”?

– Naturalnie. Powiem więcej – ta gazeta miała fundamentalny wpływ na moją egzystencję. Klasycy twierdzą, że wszystko to, co najważniejsze dla pisarza, zdarza się do dziesiątego roku jego życia, w najgłębszym dzieciństwie; w moim przypadku wtedy, gdy mieszkałem w Wiśle. Wyzbywszy się analfabetyzmu, czytywałem „Sport” bardzo uważnie, był on jedyną gazetą, która stanowiła

elementarny składnik mojej chłopięcej edukacji

W każdy poniedziałkowy ranek biegłem do kiosku, by kupić „Sport” i dowiedzieć się, jak wyglądają piłkarskie wyniki, a przede wszystkim, ile bramek strzeliła Cracovia, której już wtedy kibicowałem. W późniejszym okresie mojego życia, kiedy przeniosłem się z Wisły do Krakowa, kioskarz Kaziu na Placu na Stawach także odkładał dla mnie tę gazetę. Zresztą do dzisiaj posiadam bardzo starannie zarchiwizowane wycinki ze „Sportu”, a zaglądając do nich, szczycę się moją fenomenalną pamięcią piłkarską. Pamiętam na przykład, kto w roku 1966, w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata Brazylia-Bułgaria, strzelił pierwszą bramkę i w której to zrobił minucie. Pan wie?

– Niestety, w tamtym czasie nie było mnie jeszcze na świecie.

– Pierwszego gola strzelił Pele, w czternastej. Drugiego – Garincha, mniej więcej piętnaście minut po przerwie. Fakty te pamiętam właśnie dzięki gazecie „Sport”. Są to bardzo istotne punkty orientacyjne, które dają mi zanurzenie w pewną rzeczywistość – w rzeczywistość tych dawnych, zapomnianych już widowisk piłkarskich.

– Dziękuję za rozmowę.

                                                      WOJCIECH SZCZAWIŃSKI („Sport”, 2000 r.)

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Ja wiem

Tak, ja wiem. Mam pełną świadomość tej wiedzy. Wiem, czym jest prawda, piękno i sprawiedliwość. I wiem też, na czym polega równość społeczna. On natomiast tego nie wie, jest uwsteczniony, ciemny. Dlatego muszę z nim walczyć. Przecież nie walczę o siebie, lecz o prawdę piękno, sprawiedliwość i równość – o to, by mój oraz jego świat miał formę godną ludzkości.

Najpierw spoglądam na niego z żartobliwym współczuciem, następnie z odrazą. Potem, z dnia na dzień, z pogłębiająca się nieustępliwością, przestają mnie drażnić tylko przekonania, które głosi. Zaczyna irytować mnie sam jego widok: wyraz twarzy, sposób poruszania, gestykulacji i mówienia. Ba, nawet jego sposób ubierania się. Kpię z niego, wyszydzam go. Co za podły tępak!

W istocie – chociaż nie mówię tego głośno – pragnę zanegować całą jego istotę, pozbawić go człowieczeństwa. Tak oto moja szlachetna walka o prawdę, dobro albo sprawiedliwość zamienia się w absurdalną nienawiść do bliźniego.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Rozmowa z Gustawem Holoubkiem

WIERZĘ W ODRODZENIE SPORTU

Rozmowa z Gustawem Holoubkiem, dyrektorem artystycznym
Teatru „Ateneum” w Warszawie

  • Panie dyrektorze, jest pan nie tylko wybitnym aktorem, ale także zagorzałym kibicem sportowym. Proszę więc powiedzieć, które z wydarzeń w tej dziedzinie zrobiło na panu największe wrażenie?
  • Było ich kilka. Ale największy mój entuzjazm wzbudziło zwycięstwo Polaków podczas pamiętnego triumfu siatkarzy nad Związkiem Radzieckim na olimpiadzie w Montrealu. Trener Wagner mówił przed tymi igrzyskami, że interesuje go tylko złoto, lecz słowa te były przyjmowane z dużym sceptycyzmem. Nawiasem mówiąc dwa lata wcześniej, w Zakopanem, byłem świadkiem prowadzonych przez niego treningów. Nasi siatkarze dokonywali na nich wręcz morderczych wysiłków. I stało się. Pamiętam, że gdy oglądałem ten mecz, wspólnie z Wojciechem Kilarem, naszym słynnym kompozytorem, była trzecia bądź czwarta nad ranem. Zwycięstwo naszych siatkarzy nad czołową drużyną świata miało – wówczas – wymiar nie tylko sportowy, ale także polityczny. Zapanowała wśród nas ogromna radość. Wręcz euforia.
  • W sporcie zawiera się jakaś niezrozumiała magia, która pociąga miliony ludzi. Co to takiego, zdaniem pana?
  • W tym zjawisku istotnych jest dla mnie kilka rzeczy. Po pierwsze – wymierność. W sporcie nie ma mowy – mimo usiłowań wielu ludzi, którzy wokół niego się gromadzą i z niego czerpią korzyści – na niesprawiedliwość. Ponieważ każda z dyscyplin rządzi się swoimi prawami i jest wymierna pod każdym względem: wysokości, długości, czasu, liczby bramek, punktów… Daleki przy tym jestem od kwestionowania odpłatności, która staje się udziałem sportowców wyczynowych. Oni zasługują na tak wielkie honoraria, ponieważ nie oszukują, tylko marnują swój własny organizm po to, żeby na resztę życia zachować sobie godny byt materialny. Druga sprawa – rywalizacja. Rywalizacja, która jest na ogół bezkrwawa, która powoduje, że ci, którzy są najlepsi, zaczynają tworzyć rodzaj elity. Wymiana tych elit też jest funkcją dosyć sprawiedliwą. Ci bowiem, którzy już odchodzą, ustępują miejsca również najlepszym. I nie robią tego w drodze przekupstwa, machinacji czy protekcji. Liczy się tylko wynik. Trzecia sprawa, to hazard obecny w sporcie. Myślę, że sport spełnia moje ciągoty do hazardu: stawiam na kogoś, kto jest teoretycznie słabszy i ten słabszy wygrywa. Gdybym usiłował grać sportem na zasadzie hazardu, to sadzę, iż wtedy moja pasja przerodziłaby się w coś dalekiego od samego podziwu dla wyników.
  • Sprawiedliwość, wymierność… Zgoda. Ale czy zbytnio nie idealizuje pan sportu? Tyle przecież mówi się o krętactwach w nim obecnych, niedozwolonym dopingu, gierkach działaczy…
  • Wydaje mi się, że te wszystkie sprawy są incydentami, które nie zmieniają mojego obrazu czystości sportu. Zawodnicy, którzy stymulują się anabolikami są po prostu nieszczęśliwcami. Skracają sobie życie i jedynie oni muszą brać za to odpowiedzialność. To rodzaj samobójstwa.

GUSTAW HOLOUBEK. PORTRET. FOT. GRZEGORZ DUDZIK

  • A może to tylko pragnienie sprostania rzeczywistości? Przecież w sporcie, podobnie jak w życiu, liczy się jedynie wynik. Na dobrą sprawę nikogo nie można więc winić za to, że pragnie być najlepszy bez względu na środki.
  • Zawsze będzie istniała grupa ludzi – czy to w sporcie, gospodarce, czy też w administracji – która za wszelka cenę będzie chciała osiągnąć sukces, za pomocą środków niegodnych, idąc na łatwiznę i mając na uwadze jedynie korzyści materialne: podwójna moralność albo wybór takiego typu moralności, który – według kogoś – jest słuszny. Ale to dalekie jest od szlachetnego spełniania się. Słynnemu aktorowi Mieczysław Frenklowi z zespołu Teatru Narodowego – wówczas zwanego Teatrem Rozmaitości – proponowano przejście do operetki za trzykrotnie wyższą gażę. Frenkl odmawiał. Kiedy go wreszcie zapytano, dlaczego to robi, odpowiedział: „Dlatego, że pomarańcza w sklepiku, gdzie mieszkam, kosztuje piętnaście groszy, a w burdelu – trzy złote”. W sporcie dzieje się podobnie. Jedni kładą lagę na morale, inni sprzeciwiają się temu i nie dają się umieścić w grupie sprzedajnych wyrobników. Powiem panu, że właśnie ci mniej zarabiający, mniej popularni, posuwają rzecz do przodu. To znaczy doskonalą zawód, który wykonują.
  • Nie czuje pan niesmaku, widząc, że sport, podobnie zresztą jak sztuka, staje się coraz bardziej komercyjny, wyjałowiony i pozbawiony szlachetnych treści nakreślonych przez Pierre de Coubertina?
  • Tak, to mnie przeraża. Ale w pierwszym rzędzie za taki stan rzeczy oskarżam ludzi, którzy animują działania i są przedsiębiorcami; którzy płacą o wiele więcej za fałszerstwo i demoralizację. W ślad za tym idzie informacja dla odbiorców, co jest prawdziwe, a co zwykłym barachłem. Jeśli telewizja karmi widza jakimś ponurym i koszmarnym serialem, przez lata całe, to w końcu gust tego widza staje się podobnie ponury i koszmarny jak ten serial. To jest groźne. Ale moje pretensje nie są kierowane do tych, którzy kreują takie czy inne role. Oskarżam tych, którzy produkcję ponurych seriali zamawiają. Nie można też oskarżać jedynie sportowców za ich pragnienie zdobywania medali za wszelka cenę. Winni są przede wszystkim działacze, sponsorzy, reklamodawcy, którzy tworzą paranoiczna wręcz atmosferę głodu sukcesu i tylko za nią nagradzają.
  • Ale to jest perpetuum mobile. Za sukcesami idą wszak ogromne pieniądze i na sukcesie zyskują wszyscy.
  • Ale jest w tym też obecna głęboka pogarda dla kibica, kinomana, czytelnika albo telewidza. To karygodne. Ludzie nie mając nic w zamian, poddają się temu, co jest im dane: brazylijskim i amerykańskim serialom, bezsensownej brutalności, muzyce disco polo. Są to zjawiska dalekie  od kultury.
  • Kultury w sporcie też jest chyba niewiele, biorąc pod uwagę zachowania niektórych sportowców albo burdy kibiców na stadionach. Jak pan myśli?
  • To jest zjawisko ogólnoświatowe. Tę dziczyznę zaproponował Zachód. Dowodzi to, że widocznie nadszedł czas sprzyjający takim ekscesom. Z czego on wynika, to już problem bardziej złożony i nie będziemy go rozstrzygać w naszej rozmowie. W każdym razie stworzono obszar swobody dla dziczy. Trzeba więc wprowadzić restrykcje wobec tych, którzy incydenty te powodują. I to restrykcje bardzo surowe. W okresie wzmożonego chuligaństwa w Anglii – to były lata sześćdziesiąte – kiedy młodzież w imię jakiejś bezsensownej ideologii niszczyła wszystko to, co nazywano „mieszczańską normą postępowania”, policja otrzymała rozkaz bezwzględnego tłumienia przemocy. Z rozkazu parlamentu. Gdy w nocy radiowóz napotkał chuliganów, policjanci likwidowali grupę, bijąc ją, zamykając do kryminału,  goląc  i trzymając w areszcie przez trzy tygodnie, łącznie z karą chłosty. Dopiero po trzech tygodniach pytano, kto kim jest, jak się nazywa i gdzie mieszka. Robiono tak, żeby uniknąć jakichkolwiek protekcji.
  • Ale u nas policja, nawet za mniej stanowcze działania, obrzucana jest wyzwiskami w stylu „mordercy”, „ZOMO”…
  • Albo zaprzestaniemy się wstydzić tego, co działo się w przeszłości i będziemy w demokracji powoływać się na powagę prawa, albo zezwalamy na rodzaj anarchii. Innego rozwiązania nie ma. U nas zawsze stwarza się jakieś pole tolerancji. Za pobicie policjanta powinny być horrendalne kary, a nie rozważania, kto zaczął.
  • Ogólnie rzecz ujmując, od lat słychać narzekania w Polskim sporcie: brak znaczących wyników, brak pieniędzy, brak obiektów… Sytuacja wydaje się patowa. Sądzi pan, że kiedyś to się zmieni?
  • Z przerażeniem stwierdzam, ze podążamy jakimiś fałszywymi drogami. Największą winę za ten stan ponoszą działacze, którzy decydują o strukturze sportu w Polsce. Oni zaniedbali wszystko to, co jest naturalną drogą do uzyskania sukcesu, mianowicie młodzież. Zaniedbali strukturę zdrowej konkurencji, w której decyduje wynik, a nie pieniądze i interes działacza. W związku z tym nie mamy bazy podstawowej. Dlaczego pozwalamy, żeby kluby rozdrapywały młode talenty u zarania ich działalności i demoralizowały je? Łza się w oku kręci, jak człowiek sobie pomyśli, że Janusz Kusociński, nie wspierany przez nikogo, za własne pieniądze kupował sobie pantofle, spodenki, koszulkę i przez miesiące całe biegał po Agrykoli po to, by zdobyć medal w Los Angeles. Czy można czynić porównania z tym, co dzieje się obecnie? Wtedy żyła w ludziach naturalna potrzeba uprawiania sportu.
  • Sądzi pan, że odeszła ona bezpowrotnie, a polski sport już nigdy się nie odrodzi?
  • Pierwsza nadzieją na to, że może się w nim coś odmienić, było zdymisjonowanie pana Dziurowicza, który był wręcz symbolem szkodzenia w polskiej piłce nożnej. Fakt tak długiego czasu likwidowania go ze stanowiska, uzmysławia do jakiego stopnia skorumpowany jest polski futbol. Lecz właśnie odejście pana Dziurowicza być może oznacza, iż świat polskiej piłki nożnej zostanie uporządkowany. Ale nie tylko on. Niewątpliwie polskim sportem rządzi zły system i nie ma w nim autentycznej promocji talentów. Ten świat pozbawiony jest elit. Elit, których udziałem nie są przywileje, lecz które posiadają odpowiednie kompetencje i dlatego prawdziwie zasługują na uznanie i podziw. Wszystko odrodzi się, gdy – nie tylko w sporcie, ale w całym państwie – zostanie odbudowane zaufanie do sprawiedliwości. Nie jest tak, że mamy „równe żołądki”. Istnieją ludzie stworzeni przez Pana Boga do przeciętności. Ale są też tacy, których Pan Bóg stworzył do wyższych celów. Oni musza mieć większe przywileje niż ci, których nazywa się przeciętnymi.
  • Problem w tym, że każdy chce być zdrowy, piękny i bogaty, i w wielu wypadkach – za wszelka cenę – pragnie to światu udowodnić.
  • Ale każdy też, kto chce aspirować do zaszczytów, musi mieć na to uzasadnienie. Jeżeli zaś dostał się do elity – nieważne: sportowej, politycznej, ekonomicznej – za pomocą oszustwa albo przestępstwa, to powinien być karany na równi z wszystkimi obywatelami. Tylko taki stan rzeczy przynosi odrodzenie. Wierzę, iż niedługo nastąpi on w naszym kraju.
  • Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał WOJCIECH SZCZAWIŃSKI

Wywiad przeprowadziłem dla dziennika „Sport” w 2002 r.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O identyczności przeciwieństw

Co łączy inicjatorki Czarnego Marszu z piewcami skrajnej prawicy albo radykalnymi zwolennikami Radia Maryja? Wszystko. Poza treścią ideologii.

W rzeczy samej psychologiczna natura Czarnego Marszu nie będzie różniła się w niczym od manifestacji, jakie urządzają sobie chłopaki z ONR. Problem w tym, że agresją, walką, okazywaniem pogardy, udowadnianiem na siłę własnych racji daje się tworzyć jedynie zwycięstwa pozorne. Dobitne przykłady tego wskazuje historia. Cóż pozostało na przykład z dumnie i wzniośle brzmiącego hasła Rewolucji Francuskiej „Wolność, Równość, Braterstwo”? Tylko jedno: dowód na to, że człowiek jest na tyle głupią istotą, iż nie czerpie wiedzy z przeszłych doświadczeń. I ciągle chce walczyć, dowodzić swoich praw. Robić to – rzecz jasna (bo jakże by inaczej?) – w imię wolności, równości i braterstwa. Czy założenia innych buntów społecznych były złe? Zawsze przecież kierowały się wzniosłymi humanitarnymi i humanistycznymi ideami. No i cóż? W swojej głupocie nieustannie pragniemy zmieniać świat zamiast zmieniać swoją świadomość.

Tam, gdzie człowiek (bądź grupa ludzi) udziela sobie własnej – jakiejkolwiek – kategorycznej odpowiedzi na pytanie, jak być powinno, tam zawsze, wcześniej bądź później, tworzą się manowce i cudze dramaty. Na każdej płaszczyźnie życia.

Opublikowano Uncategorized | 17 Komentarzy

Zadyma lepsza od wojny

Lata temu, bodajże w 2001 r., pogadałem sobie o sporcie z prof. Leszkiem Kołakowskim. Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Drażni mnie jednak histeria kibiców, kreowanie i wzmacnianie tej egzaltacji przez media. Przecież owa histeria udowadnia w istocie, jak łatwo manipulować i zawładnąć naszymi umysłami, nawet poprzez skupianie się na zjawiskach – w istocie – absurdalnych, bez znaczenia dla losów ludzkości i pojedynczego człowieka. Faszyzm też wywoływał entuzjazm tłumu. Wtedy, w Niemczech, te same hormony waliły ludziom do mózgu co dzisiejszym śpiewakom: „Polska, biało-czerwoni!”. Niestety.

Zadyma lepsza od wojny

Czym właściwie jest sport? Czy tak, jak uważają niektórzy, mecze to tylko rozrywka dla mas, atrakcja rozbudzająca emocje jedynie w ludziach prostych, czy może sport kryje w sobie znaczenie społecznie znacznie głębsze? A czym są rekordy sportowe i jaka jest ich wyższość nad tymi, które umieszcza się w Księdze Guinessa? Z tymi pytaniami zwróciliśmy się do jednej z najwybitniejszych postaci w światowej filozofii, profesora uniwersytetu oxfordzkiego, Leszka Kołakowskiego.

– Sportem nie interesuję się prawie w ogóle – zastrzega profesor Kołakowski. – Z ochotą oglądam jednak pojedynki bokserskie, uważając tę dyscyplinę za bardzo szlachetną rywalizację. Dlaczego tak o niej myślę, tłumaczyć jednak nie będę.

– Jakie znaczenie ma sport w życiu społecznym? Wyobraża pan sobie świat bez niego?

– Trudno silić się na takie wyobrażenie, ponieważ rywalizacja sportowa towarzyszy człowiekowi niemal od zarania ludzkości. Trudno też wyobrazić sobie życie bez namiętności, jakich dostarcza sport. Niedawno Anglicy pokonali Australię na mistrzostwach świata w rugby. Proszę mi wierzyć, że było to autentyczne święto narodowe. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice Londynu, żeby święcić triumf angielskich rugbistów. Nie obeszło się rzecz jasna bez wizyty u królowej i innych honorów. Są to oczywiście namiętności, a nawet wrogości plemienne, które zawsze istniały i istnieć będą – zjawisko zupełnie naturalne.

Ich ciemną stroną są walki chuliganów na stadionach.

– Myślę, że w natłoku emocji, jakich dostarcza sport, uniknąć ich nie można. Można je zwalczać jedynie metodami policyjnymi. Chuligańskie ekscesy pomiędzy kibicami, nawet jeśli niosą z sobą ofiary, są jednak czymś lepszym od wojen. Interesujące jest to, że kiedy świętowano tutaj zwycięstwo w rugby, o którym wspomniałem, robiono to nie pod sztandarem brytyjskim, lecz pod flagą świętego Jerzego, która jest symbolem Anglii. To zaś oznacza, że w wielkich manifestacjach radości pominięto znaczenie zarówno Irlandii, Walii jak i Szkocji – zdobycie mistrzostwa świata potraktowano jako zwycięstwo plemienne jedynie Anglików.

– Czy sądzi pan, że gdyby nie namiętności sportowe, nasza agresja kanalizowałaby w bardziej okrutny sposób?

– Trudno udowodnić, że tak by się działo, ale pewnie tak jest.

– Niektórzy twierdzą, że sport to przede wszystkim pasja ludzi mało wykształconych, obca elitom intelektualnym…

– … z takim twierdzeniem absolutnie zgodzić się nie można. Jest ono z gruntu fałszywe. Tutaj w Anglii, ale nie tylko, na całym świecie także, sportem interesuje się i uprawia go arystokracja, warstwy społeczne, które uchodzą za najwyższe; studenci z najbardziej renomowanych uniwersytetów trenują różne dyscypliny i rywalizują w nich pomiędzy sobą. Sport zajmuje w ich życiu sporo miejsca.

– A może wyniki w sporcie wywołują szalone namiętności także dlatego, ponieważ pokazują, do jakiego wysiłku człowiek jest zdolny i ile potrafi osiągnąć?

– Temu twierdzeniu zaprzeczyć nie można. Każdy rekord, jeśli pobity uczciwie, pokazuje, że granica kresu ludzkich możliwości ciągle jest nieodkryta. Takich rekordów nie należy lekceważyć. Są też rekordy absurdalne, w które obfituje Księga Guinessa. Ich poważnie traktować nie należy, ponieważ ukazują bardziej ludzkie dziwactwa niż dążenie do odkrycia kresu fizycznych możliwości człowieka. Inna rzecz, że raczej wątpię, czy można wykorzenić nieuczciwość obecną w sporcie. Zawsze znajdą się tacy zawodnicy, którzy chcąc osiągnąć sukces, będą obchodzili rozmaite zakazy. Żyjemy w czasach, kiedy sportowa dzielność uległa żądzy sławy i pieniądza.

Czy przebywając w Oxfordzie słyszał pan o Adamie Małyszu?

Naturalnie. W fakcie, że zawodnik ten podnosi Polaków na duchu nie widzę nic złego i patologicznego. Nie dostrzegam też powodu, by pozbawiać Małysza ogólnonarodowego uznania, tym bardziej, że swoje sukcesy osiągnął dzięki ciężkiej pracy. Niech więc dalej pan Adam wzbija się wysoko, a my cieszmy się z jego rezultatów.

Wojciech Szczawiński

Prof. Leszek Kołakowski (ur. 1927 r.) jest uznawany za najwybitniejszego żyjącego polskiego filozofa. Był członkiem Polskiej Akademii Nauk. W roku 1968 został pozbawiony katedry na Uniwersytecie Warszawskim i udał się na emigrację. Od lat jest wykładowcą m. in. na Uniwersytecie w Oxfordzie. W swojej pracy naukowej zajmuje się głównie historią filozofii, idei religijnej, dylematami kultury europejskiej oraz problemami etycznymi i filozoficzno-politycznymi. Autor licznych książek i publikacji. W 1997 roku „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go „Królem Europy Środkowej”.

Źródło: „Sport” (ładnych parę lat temu)

 

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

JUŻ NIE SMRÓD, LECZ ODÓR

Tani pokój hotelowy gdzieś na peryferiach Warszawy. Wkoło pełno papierosowego dymu i trochę wódki w kieliszkach. Siedzimy zbici przy niewielkim stole. Czterech ludzi dobrze znających realia futbolu prowadzi rozmowę na temat polskiej piłki nożnej.

– Masz szczęście, że trafiłeś na osoby, którym już nie zależy na całym tym futbolowym burdelu – mówi do mnie pan Ryszard, były kwalifikator pierwszoligowy.

Panowie Miecio i Antek, też byli kwalifikatorzy, tylko smutno kiwają głowami.

– O przepraszam! – odzywa się Zbyszek, który biega z gwizdkiem po drugoligowych boiskach. – Mnie zależy na polskiej piłce. W tym wszystkim chodzi tylko o chory system…

– System! – pan Ryszard przerywa mu i zaczyna się śmiać. – Wy, sędziowie, byliście, jesteście i będziecie mafią. To jest problem waszej mentalności. Trzeba co najmniej trzech pokoleń, żeby zmienić tę anormalną sytuację! W tym waszym zasranym środowisku nie unosi się już smród tylko odór. Ja nie wiem, jak to wszystko uzdrowić. Trzeba by chyba ściągnąć sędziów z zagranicy.

– Kwalifikatorzy też biorą lewy szmal, tyle tylko, ze ich „brudów” tak często się

nie wyciąga – odcina się Zbyszek.

– Ile procentowo meczów jest „drukowanych” na polskich boiskach – pytam po chwili milczenia.

– Mówmy tylko o pierwszej i drugiej lidze. Trzecia i czwarta to są prawdziwe dżungle. Tam przeważnie nie ma dziennikarzy i telewizji, a kwalifikator też jest swój chłop. Wiele spraw można ukryć bez obawy, że ujrzą światło dzienne. Każdy sędzia ma swoją cenę. Jeden sprzeda się za pół litra wódki, drugi – za pięć nowych tysięcy. A w ekstraklasie i drugiej? Można powiedzieć, ze połowa meczów jest „robiona”.

Oczywiście sędziowie najwyższych klas rozgrywkowych nie kombinują jawnie, ale z gracją i wyczuciem. Wręcz subtelnie. Nieraz sprzyja im nawet szczęście. Zdarza się nawet, że „dwunasty zawodnik” danej drużyny wcale nie musi jej pomagać, żeby odniosła zwycięstwo. „Czarną kasę” bierze wtedy za darmo, bo jak w klubie powiedzą „A” to muszą powiedzieć też „B”. Ale tak naprawdę wszystko rozbija się o przepisy sędziowania, które w pełni znane są tylko nielicznym (o niektórych interpretacjach nie wiedzą nawet doświadczeni dziennikarze sportowi). Zresztą bywa i tak, że pieniędzy nie bierze sędzia lecz kwalifikator. A co ma z tego arbiter? Ano dostaje bardzo wysoką ocenę za prowadzenie meczu. Wilk syty i owca cała. Najbardziej poszkodowani są przegrani.

– A ile pieniędzy może dostać sędzia za „lewiznę”?

– Chcesz to pisać i w sądzie wylądować? – dziwi się Zbyszek z uśmiechem na twarzy. – W pierwszej lidze kwoty wahają się średnio od pięciu do piętnastu tysięcy złotych. Czasem jednak dużo więcej. To zależy jakiego klub ma sponsora. Ja wiem na pewno o jednym facecie, który nie tak dawno wziął miliard starych złotych. Ale kto się przyzna do takich rzeczy?! Są jeszcze nieliczni uczciwi sędziowie, którym zależy na samorozwoju. Ci jednak, którzy nie mają już szans na awans do wyższego szczebla rozgrywkowego, patrzą tylko na szmal. Kombinacje są ciche i wszystko zostaje w „rodzinie”. „Czarne owce”, które zaczynają paplać, są szybko eliminowane. Zrozum, że każdy się boi. Wiadomo – dużo pieniędzy można stracić za uczciwość. Każdy pilnuje swoich interesów. I tu nie chodzi o nazwiska… Można dziesięć tysięcy ludzi postawić przed prokuratorem, zamknąć ich, czy nawet zlikwidować. Mechanizm będzie działał nadal. Nic na to nie poradzisz. A dziennikarze, niech sobie piszą. I tak znają tylko wierzchołek „góry lodowej”… Zresztą co oni wiedzą o czytaniu gry!? Kiedyś zrobiono test dla dziennikarzy ze znajomości przepisów. Mieli odpowiedzieć na trzydzieści pytań. Najlepszy podał tylko dwanaście prawidłowych odpowiedzi.

W Polsce sędziowie piłki nożnej, których liczba sięga dziesięciu tysięcy, nie mają dzisiaj autonomii. Podlegają Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej. Wszystko narzucane jest im z góry i dlatego w środowisku tym panuje ogromny bałagan. Wiele obiecywano sobie po głośno zapowiadanym zjeździe PZPN. Ale… Tegoroczny zjazd PZPN był jedynie sprawozdawczy, lecz jak twierdzą osoby związane z tą organizacją, mógł mieć przebieg sprawozdawczo-wyborczy. Że tak się nie stało, to tylko zasługa kombinacji prezesa Mariana Dziurowicza. Dziurowicz po raz kolejny okazał się wspaniałym strategiem, a określenie „magnat”, które do niego przylgnęło, było ze wszech miar słuszne.

Przypomnijmy, że zjazd Polskiego Związku Piłki Nożnej miał się początkowo odbyć 12 listopada ubiegłego roku. Nie odbył się. Termin przesunięto na styczeń 1999, ale także wtedy do zjazdu nie doszło. Miał on miejsce dopiero 20 lutego. Dlaczego? Otóż jak twierdzą wtajemniczeni, gdyby zjazd odbył się wcześniej, prezes Dziurowicz zleciałby ze stołka z wielkim hukiem.

– Magnat zachował się wspaniale – twierdzi z ironią w głosie pan Rysio. – Nie tylko zyskał poparcie, ale także wykreował się na demokratę. Oczywiście wszystko to jest „mydleniem oczu”. Chodzi jedynie o władzę i pieniądze. Prawdę mówiąc, Dziurowicz nie jest nawet złym człowiekiem. Najgorsi są ludzie, którymi się otacza.

Do tej pory liczba kwalifikatorów w I i II lidze, z których wywodzą się delegaci OZPN na zjazdy PZPN, była ściśle ograniczona. W ekstraklasie kwalifikatorów było osiemnastu, w drugiej – czterdziestu. Wyrażenie „liczba ściśle ograniczona” jest tu jak najbardziej na miejscu. Ta ograniczoność wiązała się oczywiście z pieniędzmi i niech nikt nie usiłuje twierdzić, że jest inaczej.  Gdyby chciano zwiększyć liczbę kwalifikatorów, nie byłoby ku temu najmniejszych przeszkód. W naszym kraju żyje bowiem wielu ludzi z ogromnym dorobkiem sędziowskim, którzy mogliby pełnić funkcję kwalifikatorów. Jednak przy tak skąpej liczbie osób, jeśli ktoś na jednym meczu występuje w roli kwalifikatora, to tydzień potem może wystąpić w roli delegata i za taką robotę brać niezłe pieniądze. Wystarczą cztery mecze w miesiącu, żeby wziąć na rękę blisko 2500 złotych.

Przed tegorocznym zjazdem PZPN nastąpiły zmiany. Nagle grono kwalifikatorów w I i II lidze powiększono o kilkanaście osób (do I ligi weszło osiem, do II – sześć). Twierdzi się, że było to posunięcie czysto taktyczne ze strony prezesa Mariana Dziurowicza, który jako jedyny jest władny zatwierdzania takich nominacji. Znawcy tematu twierdzą, że w listopadzie, grudniu i styczniu Dziurowicz był jeszcze zbyt słaby, aby podczas  zjazdu móc w głosowaniach przeforsować swoje zdanie. Gdy zwiększono jednak grono kwalifikatorów, nowi wiedzieli, komu zawdzięczają swoją pozycję, a co za tym idzie – możliwość dodatkowego zarobkowania. 20 lutego wyrażali więc prezesowi swoją wdzięczność. Oczywiście w żadnym wypadku nie można twierdzić, iż nowymi kwalifikatorami zostali ludzie przypadkowi. Powstaje tylko pytanie, dlaczego akurat przed zjazdem zdecydowano się zwiększyć ich grono. Dziwi to tym bardziej, że jeszcze nie tak dawno zapewniano w PZPN o sztywnym trzymaniu się liczby kwalifikatorów.

– Nominacje nowych kwalifikatorów jasno świadczą o tym, że prezes zagrał „pod siebie” – twierdzi Zbyszek. – Na przykład, nie wiedzieć czemu, Jurka Hołuba i Bogdana Hirscha dano do drugiej ligi, skoro faceci mają pełne kwalifikacje, żeby być kwalifikatorami pierwszoligowymi. Do pierwszej ligi dano jednak panów Smułczyńskiego i Strociaka dość zaawansowanych wiekowo, którzy z kwalifikowaniem meczów mogą sobie radzić raczej kiepsko. Tak, tak…. Wiek u kwalifikatora to bardzo istotna sprawa. Zdarzają się przypadki, że ci starsi panowie podchodzą po meczach do wozów transmisyjnych i dopiero oglądając nagranie wideo analizują pracę sędziego. Przecież to niedopuszczalne. Jeśli ktoś, na skutek upływających lat ma przytępione refleks oraz zmysły wzroku i słuchu, to nie powinien kwalifikować spotkań futbolowych w ekstraklasie. Ale Dziurowicz potrzebował nie ludzi sprawnych na stadionach, tylko takich, którzy go poprą. Poza tym myśląc o nowych kwalifikatorach, popełniono błąd zapominając o Ignatowiczu albo Mikołajewski i Kruszyńskim. To są świetni fachowcy, ale może nie pasowali do układanki.

Marian Dziurowicz, zatwierdza kwalifikatorów. Ich selekcji dokonuje Wydział Sędziowski PZPN, na którego czele stoi Marian Środecki. Z pewnością wydział ten nie wybiera osób, które pozostają w opozycji zarówno do panów Dziurowicza jak i Środeckiego. Wśród nowych delegatów i kwalifikatorów nie ma nikogo, kto podczas sporu UKFiT kontra PZPN wziął stronę ministra Jacka Dębskiego. I bynajmniej nie wynika to z faktu, że ludzie ci nie posiadają odpowiednich kwalifikacji.

Jednym z bardziej bulwersujących problemów w srodowisku futbolowym jest sprawa tak zwanych delegatów, którzy od prawie dwóch lat pojawiają się na meczach, prócz kwalifikatorów, z ramienia PZPN. Czuwają oni nad prawidłowością prowadzenia rozgrywek oraz sprawami organizacyjnymi. Jednym z takich delegatów jest („odkurzony” – jak go określają sędziowie) Grzegorz Proncik. Delegat ten, który sędziował mecze jeszcze w latach sześćdziesiątych, bardzo zaangażował się w obserwację widowisk sportowych. Zdaniem wielu, motywacją do tak pilnej pracy są oczywiście pieniądze – 588 złotych netto za mecz (tyle otrzymuje też sędzia liniowy w I lidze). Dziwi bardzo naszych arbitrów, że na delegatów nie powołano wielu innych zasłużonych sędziów. Na przykład słynącego z uczciwości Ryszarda Banasiuka.

– Przeciwko panu Proncikowi nic oczywiście nie mam – twierdzi Zbyszek. – Wkurzać może jedynie jego doradzanie, w jaki sposób dzisiejszy arbiter powinien prowadzić spotkania (to jest istny kabaret!). Wiek ma już zresztą nie ten… Zamiast na mecze powinien raczej jeździć na ryby albo na grzyby. Dlaczego jednak przyjeżdża tylko na mecze rozgrywane na Śląsku, albo tam gdzie mieszka, w Krakowie. Ten pan jest delegatem niemal w każdej kolejce. No ale skoro Aleksander Suchanek jest z Krakowa, to o czym my mówimy, panowie. To wszystko jest może uczciwe, ale jakoś dziwnie powiązane.

– A co ty się dziwisz, młodzieńcze? – pyta Zbyszka pan Antek. – Dzisiaj bardziej opłaca się być kwalifikatorem niż sędzią. Szmal ten sam, a człowiek siedzi sobie wygodnie i, za przeproszeniem, pierdzi tylko w stołek. Zje w klubie dobry obiad, suweniry dostanie, od sędziego jakąś flaszkę i ma święty spokój. A arbiter co? Biegać musi jak głupi!

Sporo kontrowersji budzi postać Aleksandra Suchanka, byłego sędziego międzynarodowego (pierwszego polskiego arbitra na Wembley), obecnie kwalifikatora, który w Wydziale Sędziowskim jest szefem obsady i delegatów. Kwalifikował on sędziego Marka Kowalczyka w pamiętnym meczu Polonia Warszawa – GKS Katowice (1-1), kiedy to po spotkaniu wybito sędziemu szyby w samochodzie. Zdarzyło się wtedy, że arbiter główny gola jakoś nie dostrzegł, ale został on uznany na sygnalizację liniowego. Kwalifikator przyznał jednak Kowalczykowi notę wysoką, a liniowym niską.

– To są żenujące zagrywki – twierdzi pan Ryszard. – Telefonuje jeden kwalifikator do drugiego i mówi: „Słuchaj, będziesz miał sędziego z mojego okręgu. Daj mu dobrą ocenę. Ja za tydzień mam twojego, to też go dobrze potraktuję”. W ten sposób premiuje się miernotę. Znam sędziego, który dwa lata temu dostał trzy ósemki w rywalizacji o awans do drugiej ligi, ale to mu nie starczyło. Kwalifikatorzy mówili mu wprost: „Panie, nie mogę panu dać wyżej, bo nikt za panem nie dzwoni i nie ma pan dobrego wujka”. Zdolny sędzia zostaje „spuszczony” tylko dlatego, że nie ma układów. Ja wiem, że nie każdy rodzi się Wernerem albo Wójcikiem, ale jakieś minimum szacunku zdolnym chłopakom się należy.

Oceny pracy sędziów są tajne i ujawniane dopiero na zakończenie sezonu. Niektórzy podejrzewają więc, iż ocenami kwalifikatorów można manipulować. Twierdzi się nawet, ze jeszcze w trakcie sezonu już na pięć kolejek przed końcem wiadomo, którzy sędziowie spadają z danej ligi.

Zbyszek z rezygnacją kręci głową.

– Co to za trudność – mówi – żeby człowiek odpowiedzialny za oceny zatelefonował do danego kwalifikatora i powiedział: „Stary, przyślij nowy arkusz, bo jak damy temu sędziemu taką ocenę, jaką mu wystawiłeś, to on poleci. Trzeba „spuścić” kogoś innego, bo ten to nasz człowiek”. A przecież wszystko mogłoby być poza wszelkimi podejrzeniami. Wystarczyłoby na przykład, gdyby kwalifikator wysyłał nie jedną, lecz dwie koperty: jedną do pana Suchanka, drugą – dajmy na to – do depozytu w banku. I proszę bardzo – przy końcu sezonu arkusze są porównywane. Prosta sprawa. No nie?

– A weź na przykład sprawę Jarguza – odzywa się pan Antek. – Facet był zamieszany w trzy największe afery na boiskach i miał czelność twierdzić, że jest czysty. Pomińmy już sędziowanie Redzińskiego i Milewskiego, które Jarguz kwalifikował. Ale to, co gwizdał Kowalczyk w Poznaniu pod jego przychylnym okiem, woła o pomstę do nieba. Finał Pucharu Polski i taka kompromitacja! Jarguz powiedział jednak, że Kowalczyk sędziował świetnie, on sam jest zaś czysty jak łza. Dajcie spokój… A przecież przykład idzie z góry, dzisiejsi sędziowie patrzą na kwalifikatorów. Kiedy za kilka lat sami nimi zostaną, będą robić te same przekręty. Środecki i jego kumple też na mecze jeżdżą: raz kwalifikatorzy, raz delegaci. Podłość jak skurwysyn! Jak przy władzy był Kolator to takiej sytuacji nie było. Eugeniusz, kiedy był prezesem sędziów, twierdził, że na mecze jako kwalifikator jeździć nie będzie, bo to nie jest uczciwe. Owszem pojawiał się na trybunach, ale tylko jako kibic.

Za swoje wyczyny Alojzy Jarguz został zawieszony przez Wydział Dyscypliny PZPN. Komisja badająca sprawę pracę sędziego oceniła na 6,50, zaś kwalifikator Jarguz – na 8. Różnica znacząca. Podobnie zawieszony został wtedy sędzia Kowalczyk.

– No a skoro mowa o Milewskim… – kontynuuje pan Antek. – W 96 roku sędziował on mecz decydujący o utrzymaniu w pierwszej lidze: GKS Bełchatów – Pogoń Szczecin. Pogoń wtedy spadła. Pytanie tylko, dlaczego sędzia Milewski, jak drużyna ze Szczecina ponownie weszła do pierwszej ligi, nigdy nie sędziował jej meczów? Ktoś tym musi sterować, jak sędzia nawywija!

– Tych dzisiejszych kwalifikatorów powinno się rozkurzyć na cztery wiatry – mówi oburzonym tonem pan Ryszard. – W pierwszej lidze z tego całego towarzystwa powinno zostać co najwyżej dwóch albo trzech, i to najmłodszych. W drugiej – powinna odejść przynajmniej połowa. Kiedyś był taki przepis, ze kwalifikatorem można być do sześćdziesiątego piątego roku życia. Ale jak przyszła nowa władza, to zdecydowała, że tą funkcją można się cieszyć dopóki zdrowie pozwala.

Kwalifikatorzy, w odróżnieniu od sędziów, od kilku lat nie są poddawani żadnym egzaminom. Laik może stwierdzić, że to zbyteczne, skoro panowie ci sa byłymi sędziami. Tyle tylko, ze przepisy gry w piłkę nożną zmieniły się radykalnie i nijak nie przystają do tych z lat 70. Czy 80. Kwalifikator zostaje mianowany i ciesząc się jedynie uznaniem przełożonych, na tej podstwie ocenia pracę sędziego. Kiedyś były jednak takie egzaminy. W połowie lat 90. Zdarzyło się jednak, że bardzo wysoko postawiony kwalifikator nie zaliczył testu pisemnego. Blamaż na całą Polskę.

– A jak kwalifikatorzy pisali jeszcze egzaminy, to odpowiadali tylko na piętnascie pytań – twierdzi pan Antek. – A dlaczego tylko na piętnaście, skoro sędziowie piszą na trzydzieści?! Od dwóch lat nie ma egzaminów, bo nie daj Boże, któryś kwalifikator nie przejdzie testu i zostanie odsunięty od żłoba.

W światku sędziowskim śmierdzi nie tylko „na zewnątrz”, ale też „od środka”. Różnego rodzaju podchody i kombinacje we własnym gronie zdarzają się często. Przykładem na to niech będzie nie tak dawne relegowanie z pierwszej ligi sędziów Czyżniewskiego i Przesmyckiego (Czyżniewski wrócił ostatniej jesieni do sędziowania). Zdaniem wielu doświadczonych arbitrów było to działanie ze wszech miar niesłuszne. To posunięcie odbyło się bowiem wbrew regulaminowi. Najsłabszych sędziów odsuwa się bowiem po zakończeniu rozgrywek, a nie w ich połowie. Komuś było na rękę zmienić przepisy.

– Przesmycki był przecież dobry – odzywa się pan Miecio. – Zresztą i tak był to jego ostatni sezon. A tu buch… Odwalają faceta, jakby był kimś zupełnie przypadkowym. W 1995 roku Czyżniewski sędziując mecz w Katowicach, gdzie GKS przegrał z Tychami, naraził się obecnemu bossowi PZPN. Doszło między nimi do ostrej polemiki, a Czyżniewski miał odwagę opisać to wszystko w sprawozdaniu. No i co tu robić, skoro Dziurowicz był wtedy wiceprezesem związku. Upłynęło trochę czasu i prezes znalazł sposób, żeby zemścić się na Czyzniewskim. Najlepsze jednak jest to, że po całej sprawie Czyżniewski już nigdy nie sędziował na meczach GKS. Jak to więc jest? Od razu widać, że ktoś dopuścił się manipulacji i nie życzył sobie tego sędziego.

W ubiegłym roku do drugiej ligi kandydowało dziesięciu sędziów. Miejsc wolnych buło tylko cztery. Kandydaci odpowiadali na pięćdziesiąt pytań i tylko jeden z nich zaliczył całość testu. Był to młody sędzia Mariusz Górski z Łodzi. Z Łodzi była też komisja, która układała pytania.

– Górski musiał zdać test na maksa, bo nie poszło mu najlepiej bieganie – mówi Zbyszek. – W czasie dwunastu minut przebiegł tylko trzy kilometry, a nie trzy dwieście. Różnica znacząca. No a przecież o wejściu na wyższy szczebel rozgrywkowy decydują wyniki biegu, testu i kwalifikacje. Dla mnie to jest totalny przekręt… Tym bardziej, że kiedy w teście były pytania, na które można było różnie odpowiedzieć, komisja głosowała, która odpowiedź jest prawidłowa. I nie była zgodna! Rozumiecie?! W dodatku to głosowanie miało miejsce już po zakończeniu egzaminu! Pomimo tego wszystkiego, Górski test pisemny zdał na piątkę. Są jaja panowie, czy ich nie ma?!

– A o Mirku Kamińskim z Opola słyszeliście?! – pan Miecio pyta podekscytowanym głosem. – Wiosną przesędziował na linii dwanaście spotkań (ogółem opolanin asystował w I lidze przy blisku stu spotkaniach – przyp. JT). Ale testu nie zdał. No to jak jest z tym gościem? Na wyczucie sędziuje czy jak? Nikt wcześniej nie zakapował, ze Kamiński przepisów nie zna?! To źle świadczy o ludziach, którzy wpuszczali go na pierwszą ligę. Ale najlepsze jest to, ze Kamiński w klasyfikacji był na drugim miejscu po Jacku Pocięglu! Pocięgiel dostał 4,56, Kamiński – 4,33. Co więcej – facet wyprzedził notą dziewięciu arbitrów międzynarodowych. Egzaminu jednak nie zaliczył, bo widać komuś nie pasował do układanki.

Po egzaminie minęły dwa miesięce i okazało się, że sędzia Górski mógłby nie biegać po drugoligowych boiskach. Oto przykłady dwóch sytuacji na boisku zamieszczonych w teście, do których mieli ustosunkować się sędziowie. Sytuacja pierwsza: „Zawodnik drużyny, która utrzymywała korzystny wynik, będąc w posiadaniu piłki, rozmyślnie wykopnął ją w trybuny przez linię boczną. Zdenerwowany przeciwnik kopnął chorągiewkę rożną i złamał ją. Na obiekcie nie było chorągiewki zastępczej”. W czerwcu prawidłowe ustosunkowanie się do takiej sytuacji na boisku brzmiało: „Czerwona kartka dla zawodnika, który złamał chorągiewkę rożną oraz zakończenie zawodów ze względu na brak na obiekcie zapasowej chorągiewki. Do tego żółta kartka dla zawodnika, który wykopnął piłkę w trybuny”. Po dwóch miesiącach okazało się jednak, że taka odpowiedź jest nieprawidłowa, bowiem nie powinno się karać piłkarza żółtą kartką. Oto sytuacja druga zamieszczona w teście: „Zawodnik drużyny atakującej w celu uniknięcia spalonego, opuścił boisko przez linię bramkową. Po złapaniu piłki przez bramkarza, zawodnik ten przebywał jeszcze poza boiskiem. Kiedy bramkarz opuścił piłkę na murawę celem podania do współpartnera, zawodnik wbiegł na boisko, przejął toczącą się piłkę i zdobył bramkę”. W czerwcu do tej sytuacji należało ustosunkować się następująco: rzut wolny pośredni i żółta kartka dla zawodnika. Po niedługim czasie stwierdzono jednak, że jest to zła odpowiedź, bo bramka została zdobyta w sposób prawidłowy. Wynika z tego jasno, że gdyby sędzia Górski zdawał test pisemny nie w czerwcu a w sierpniu, odpowiedziałby prawidłowo być może na pytań czterdzieści pięć. Taki wynik, przy słabym bieganiu, nie pozwoliłby mu wejść do drugiej ligi. Co więcej – weszliby do niej ci, którzy w czerwcu podali interpretacje z sierpnia. Inną sprawą jest to, że arbitrów denerwuje abstrakcyjność części pytań podczas egzaminów sędziowskich. A niektóre z tych pytań są rzeczywiście zabawne. Na przykład: jak ma się zachować arbiter, kiedy piłkarz odmówi wykonania rzutu karnego albo wykona przy rzucie karnym kopnięcie piłki do tyłu. Najstarsi kibice nie pamiętają takich sytuacji na światowych boiskach.

W związku z obecną reorganizacją II ligi, trzeba okroić także liczbę drugoligowych sędziów. Pytanie tylko, kogo odrzucić z tego grona, skoro niemal wszyscy gwizdają na piątkę (czyt. ósemkę). Anormalna byłaby chyba sytuacja, gdyby z ligi odpadł sędzia, który spotkania – zgodnie z instrukcją dla kwalifikatorów – rozstrzyga bardzo dobrze. A tacy dobrzy są w drugiej lidze wszyscy sędziowie. Co więc robić? Wychodzi jednak na to, że ci sędziowie, którzy nie posiadają układów, wylecą z ligi bez względu na otrzymywane oceny. Kombinacje i promowanie swoich już się rozpoczęły. Przykładem na to mogą być obsady sędziów i kwalifikatorów w meczach kolejki rundy wiosennej. I tak: mecz Naprzodu z Grunwaldem sędziuje Górski z Łodzi, a kwalifikuje go Hańderek z Krakowa, z kolei spotkanie Avii ze Stalą St. Wola sędziuje Wieczerzak z Krakowa a kwalifikuje go Ogorzewski z Łodzi. Wniosek prosty – Kraków popiera Łódź i na odwrót. Albo: spotkanie Korony z Hetmanem sędziuje Maurek z Krakowa a kwalifikuje go Woźny z Poznania. W kolejnym meczu sędziuje Lisiecki z Poznania a kwalifikuje go Norek z Krakowa. Na przestrzeni czterech pierwszych kolejek rundy wiosennej mamy jeszcze trzy podobne sytuacje. Czy to nie wygląda podejrzanie? Dojdzie też w rundzie wiosennej do sytuacji, kiedy krakowskiego sędziego będzie kwalifikował krakowski kwalifikator. Co prawda sędzia Brańka pochodzi z Oświęcimia, ale, według nowego podziału, Oświęcim podlega pod OZPN w Krakowie. Zaznaczmy przy tym, że takie a nie inne obsady kwalifikatorów są dziełem pana Aleksandra Suchanka.

– Michał Listkiewicz stwierdził kiedyś w jednym z wywiadów, że takie oddawanie ocen na zasadzie: wasz sędzia nasz kwalifikator, nasz kwalifikator wasz sędzia, jest po prostu premiowaniem miernoty – mówi jeden z sędziów pierwszoligowych. – Źle się dzieje, że Michał sam stwarza podejrzenia robienia kombinacji z kwalifikacjami. Listkiewicz pochodzi przecież z Kalisza. Źle wygląda, gdy jedzie kwalifikować arbitra z tego miasta, w dodatku Bagińskiego, któremu w karierze sędziowskiej bardzo dopomógł. Albo inna sprawa: po rundzie jesiennej stwierdzono, że trzech z czterech przywróconych do rozgrywek sędziów drugoligowych zupełnie nie nadaje się do prowadzenia spotkań. Z tej czwórki nadawał się jedynie arbiter Brodecki z Łodzi. Dlaczego on? Ano dlatego, że cała Centralna Komisja Szkoleniowa pochodzi z tego miasta: Ogorzewski, Karolak, Stawicki. Swojemu przecież krzywdy nie zrobią.

Na dodatek łódzki OZPN nie ma sędziego w I lidze. Tamtejsi działacze chcą więc mieć jak najwięcej arbitrów drugoligowych. Dziwne jest to, że nadal do kwalifikowania pierwszej ligi nie powołano ani Wernera, ani Listkiewicza. Powód nieznany.

Powstanie Piłkarskiej Autonomicznej Ligi Polskiej wzbudziło u twardogłowych działaczy PZPN lekki popłoch. Gdyby rzeczywiście zaczęła ona spełniać wyznaczone sobie zadania, wielu zasłużonych (?) ludzi polskiej piłki nożnej odeszłoby zapewne w odstawkę. Dla wielu skończyłby się przede wszystkim kombinacje, które dzisiaj przynoszą zyski. PALP zamierza mieć bowiem swoich sędziów, kwalifikatorów i delegatów. 26 lutego miała nastąpić rejestracja tej organizacji, lecz do tego nie doszło.

– My się, kurwa, możemy panowie śmiać, bo wiemy, co się dzieje – rechocze pan Miecio. – Biedni ci, którzy żyją złudzeniami. A ty, redaktorze nie martw się… Napisz wszystko, co usłyszałeś. Weź za przykład Tomka Jagodzińskiego. Facet napisał książkę „Cwaniaczku, nie podskakuj”, procesował się z różnymi sędziami i był już spalony w polskim futbolu. A teraz, co? Robi za szychę u Dziurowicza! Życie jest piękne, no nie?

 

                                                                             JERZY TABOR

 

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Bezpieczeństwo jako stan umysłu

Szanowni Państwo,

istnieje wiele oznak tego, że nie czujemy się bezpiecznie. Zagadnienie to dotyczy w równym stopniu kobiet, jak i mężczyzn. Nie mam tu na myśli faktu, iż odczuwamy dzisiaj zagrożenie ewentualnością ataków terrorystycznych albo ulicznych rozbojów czy gwałtów. Przede wszystkim nie czujemy się bezpiecznie sami z sobą. Dowodzi tego narastająca liczba samobójstw, pandemia poczucia osamotnienia, depresji, która dotyka coraz młodszych ludzi, i wydłużające się kolejki do psychologów oraz psychiatrów. Alkoholizm bądź odurzanie się środkami psychoaktywnymi stały się zjawiskami powszechnymi, również w środowiskach cieszących się społeczną estymą, nie wyłączając tak zwanych elit intelektualnych. Oto największy paradoks naszej rzeczywistości. Jak to możliwe? Przecież żyjemy w czasach, w których, jak nigdy dotąd, podkreśla się wartość życia, przyjaźni, miłości, samorealizacji i tym podobnych rzeczy. Z czego więc wynika ów absurdalny i brutalny dysonans pomiędzy naszymi wzniosłymi – zdawałoby się – pragnieniami, a tym jak funkcjonujemy naprawdę?

Hinduski mistyk i znakomity psychoterapeuta, Anthony de Mello, twierdził, że pozytywna formuła, która brzmi: „Ja jestem OK i ty też jesteś OK”, powinna zostać zastąpiona stwierdzeniem: Ja jestem głupi i ty też jesteś głupi. Uważam, że jest to właściwy trop. Nic w tym zresztą odkrywczego. Wszystkie osoby przebudzone, począwszy od Buddy, Jezusa, Sokratesa, a na Kapleau, Wilberze albo Krishnamutrim skończywszy, powtarzają nam to samo. Czasami wprost, innym razem za pomocą przypowieści i pojemnych metafor, wskazują na fakt, że trwamy w swoistym transie hipnotycznym i powinniśmy zakwestionować nasze postrzeganie rzeczywistości, przewartościować wszystko, co nosimy w głowach. Jakże znamienne jest to, że Wyrocznia Delficka dlatego uznała Sokratesa za najmędrszego z ludzi, ponieważ twierdził on: Wiem, że nic nie wiem. Tymczasem my o tylu rzeczach wiemy, o tylu sprawach jesteśmy z całą powagą przekonani. Bywa, że słowa różnych mędrców zachwycają nas i inspirują. W istocie jednak ich nie słuchamy. Wolimy przecież trwać uczepieni własnych prawd oraz wyobrażeń. I zdaje nam się, że właśnie dzięki temu jesteśmy sobą. Zresztą postulat bycia sobą to naczelne hasło popkulturowego bełkotu. Warto jednak pamiętać, jaka jest istota i funkcja popkultury. Wynika to z samego znaczenia tego terminu.

Żyjemy, szanowni państwo, pośród iluzji, że nasz brak poczucia bezpieczeństwa to wyłącznie skutek okoliczności zewnętrznych. Obawy, jakie budzą w nas obecnie uchodźcy, narastająca przestępczość, niestabilność rynku pracy, niepewność trwałości relacji międzyludzkich albo perspektywa tego, iż w każdej chwili może nas zacząć toczyć któraś ze śmiertelnych chorób – istnieje mnóstwo powodów, by żyć w nieustannym poczuciu zagrożenia. Gratuluję też dobrego samopoczucia wszystkim tym, którzy twierdzą, że chcą jedynie kochać i być kochanymi, mieć oddanych przyjaciół, móc realizować własne marzenia, no i rzecz jasna czuć się bezpiecznie. Polecam im do zapamiętania moje ulubione stwierdzenie Ludwika Wittgensteina. Brzmi ono: Najtrudniej powstrzymać się przed samooszustwem. Tak to już jest, szanowni państwo, że człowiek najlepiej oszukuje sam siebie. Oszukiwanie innych wychodzi mu znacznie gorzej. Oczywiście niewiele jest osób, które potrafią przyznać – przede wszystkim same przed sobą – że nurzają się w samozakłamaniu niczym w szampańskiej pianie. Zwykle twierdzimy, że kieruje nami pragnienie miłości, sprawiedliwości, dobrych obyczajów itd., itp., etc. A przede wszystkim domagamy się prawdy. Notabene w buddyzmie istnieje piękne powiedzenie: Szukasz prawdy? Po prostu odrzuć swoje poglądy.

Świadectwem odczuwania braku bezpieczeństwa jest także nasza coraz powszechniejsza predylekcja do narzekania, krytykanctwa, czarnowidztwa, a co gorsze – do podkręcania i pielęgnowania w sobie negatywnych emocji, którą to skłonność niektórzy – mylnie – oceniają jako swoją wrażliwość. Coraz częściej można spotkać też ludzi, którzy z owej destrukcyjnej siły, tkwiącej w ich umysłach, czynią cnotę. A jednym z największych deficytów współczesności jest to, że człowiek utracił zdolność do konfrontowania się z samym sobą, rozpoznawania w sobie ciągłej i nieraz niezwykle subtelnej tendencji do samooszukiwania się.

Nasz neurotyzm oraz narcyzm sprawiają, że nie patrzymy na siebie obiektywnie. Jesteśmy nastrojeni na wydawanie sobie cenzurek. Z takiego dumania zwykle wychodzi nam na to, że albo uchodzimy we własnych oczach za beznadziejnych, albo wspaniałych – zależy od czasu oraz okoliczności. Albo więc sami siebie potępiamy, albo gloryfikujemy. Tymczasem wartość twórczej, konstruktywnej autoanalizy nie ma nic wspólnego z katowaniem siebie wyrzutami sumienia, wyobrażeniami własnej marności czy popadaniem w samouwielbienie. Polega ona wyłącznie na tym, że zyskujemy głęboką świadomość tego, kim jesteśmy, jak ogromnie manipulujemy sami sobą – z jak wielkim nieraz wysiłkiem podkręcamy w sobie rozmaite iluzje oraz pseudoprawdy.

Kochaj i czyń, co chcesz – to słowa św. Augustyna. Prosta rzecz: jeśli kochasz siebie i wszystko, co wokół, to – cokolwiek byś robił, człowieku – żadnej krzywdy ani sobie, ani światu nie wyrządzisz. Żyjemy jednak w czasach, w których, jak pokazują badania, człowiek coraz bardziej pogrążą się w autodestrukcji – w głębi naszych jednostkowych umysłów stajemy się wrogami samych siebie. Zatem nie jesteśmy zdolni ani do miłości własnej, ani do kochania bliźnich. Uważam, że jest to o wiele groźniejsze zjawisko niż przestępczość zorganizowana i terroryzm razem wzięte.

Dlaczego dzieje się tak, że człowiek sam siebie wprawia w permanentny niepokój i sam z sobą bezpieczny się nie czuje? Wciąż aktualne są słowa Nietzschego, zawarte w książce „Z genealogii moralności”, które brzmią: Jesteśmy sobie nieznani, my poznający, my sobie samym: i nie bez powodu. Nigdy siebie nie szukaliśmy – jakże więc mielibyśmy siebie znaleźć?. Oto najprostsza odpowiedź na wszelkie nurtujące nas pytania. Również te dotyczące bezpieczeństwia w każdym jego aspekcie. Twierdzenie Nietzschego jest zresztą niejako powtórzeniem Sokratejskiego postulatu: Poznaj samego siebie. Poznaj samego siebie, a wtedy cały świat stanie przed tobą otworem. Pytanie tylko, czy rzeczywiście mamy ochotę poznawać samych siebie. Można odnieść wrażenie, że o wiele bardziej pociąga nas rozstrzyganie spraw dotyczących na przykład tego, czy „Bolek” naprawdę był „Bolkiem”, czy ojciec dyrektor z Torunia dostanie od obecnego rządu wielomilionowe dotacje albo czy jeden z naszych eksprezydentów rzeczywiście cierpi na chorobę alkoholową. Dajemy się uwodzić wielu społecznym zjawiskom, uważając, iż skupianie na nich uwagi jest objawem naturalnym, a nawet pożądanym. Nierzadko ekscytujemy się sprawami, które kompletnie nas nie dotyczą i na które wpływu nie mamy. Pomagają w nam tym media nachalnie epatujące wizjami zagrożenia, sensacji albo ckliwych wzruszeń. Jesteśmy, proszę państwa, zdezorientowanym stadem, jakim macherzy od socjotechniki, przeróżni pseudo-guru i pozostali mentorzy naszych czasów mogą dowolnie manipulować, bazując na naszych psychicznych deficytach i kreując w nas sztuczne potrzeby. Jeśli ktokolwiek z szanownych państwa poczuł się dotknięty epitetem „zdezorientowane stado”, zaznaczę, że nie ja jestem jego autorem. Określenia tego, w pierwszej połowie XX wieku, użył Walter Lippman, nestor amerykańskich dziennikarzy oraz czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu. Wcześniej identyczne założenia socjotechniczne tworzyli przedstawiciele elit rewolucyjnych w Rosji. Metody zniewalania jednostek wszędzie są takie same, niezależnie od kultury, zinstytucjonalizowanych systemów religijnych albo politycznych.

Jakże słuszne, w kontekście dzisiejszej konferencji, wydaje się spostrzeżenie Dalajlamy: Człowiek jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera tak naprawdę nie żyjąc. Z kolei Budda nauczał: Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli. Naszymi myślami tworzymy świat. Wbrew temu wskazaniu, nasze głowy zapełnione są normami, stereotypami, myśleniem życzeniowym oraz wyobrażeniowym na temat tego, jak rzeczywistość powinna wyglądać. W wielu ludziach te nabyte ze świata zewnętrznego iluzje zakorzenione są na tyle mocno, że uważają je za oczywiste i jak najbardziej własne – zupełnie tak, jakby byli w nie wyposażeni już z chwilą przyjścia na świat. Jest to zjawisko, które, odnosząc się do terminologii nowotestamentowej, określić można jako grzech śmiertelny, grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym, w Ewangelii wg Mateusza, Jezus powiada, że nie będzie wybaczony ani w tym życiu, ani w przyszłym. Badacze Pisma i mitografowie podkreślają, że ten „grzech śmiertelny” w istocie jest metaforą związaną z rzeczywistą konstrukcją psychiczną człowieka. Jeśli tkwimy uczepieni jakiegoś iluzorycznego przekonania, pielęgnujemy je, podsycamy w sobie emocje z nim związane, to wówczas nikt i nic nie jest w stanie nam pomóc: żadna religia, żadna terapia, wiedza i żadna, nawet najbardziej wzniosła, ideologia. Sami siebie skazujemy wtedy na piekło – nie w zaświatach, lecz tu, na Ziemi. Jeśli nie porzucimy nawykowego sposobu myślenia, stereotypów i nieustannie będziemy chcieli zmieniać świat, zamiast zmieniać samych siebie, nigdy nie poczujemy się bezpieczni. Pozostanie nam jedynie omawiać sprawy bezpieczeństwa, z podobnym zresztą skutkiem, z jakim robi to Rada Bezpieczeństwa ONZ.

W jednym z Kazań Mistrz Eckhart powiada: Dlatego zacznij od siebie samego i siebie się wyrzeknij. Bo jeśli nie uciekniesz najpierw od siebie samego, wtedy bądź pewny, że dokądkolwiek pobiegniesz, gdziekolwiek się znajdziesz, zawsze natrafisz na przeszkody i niepokój. Ludzie szukają pokoju w rzeczach zewnętrznych: w miejscach i sposobach, u innych i w działaniu albo też na obczyźnie, w ubóstwie lub poniżeniu – cokolwiek by to było i choćby wywierało na tobie najsilniejsze nawet wrażenie, wszystko to pozostanie nicością i nie przyniesie ci pokoju. Z kolei Joseph Campbell, w książkowym wywiadzie zatytułowanym „Potęga mitu”, mówi: Jesteśmy tak mocno zaangażowani w robienie różnych rzeczy, w realizowanie rozmaitych celów i wartości zewnętrznych, że zapominamy o tym, iż wszystko sprowadza się właściwie do wartości wewnętrznej – do zachwycania się związanego z samym faktem bycia żywym.

Dziękuję za uwagę.

Wojciech Szczawiński
Interdyscyplinarna Konferencja Naukowo-Dydaktyczna „Kobieta bezpieczna 5”
Uniwersytet Śląski, 7 III 2016 r., Katowice

Opublikowano Uncategorized | 16 Komentarzy