Praca nad sobą cz. 2

Z racji moich licznych – mniej bądź bardziej wyrazistych – deficytów psychicznych (narcyzm, megalomania, hochsztaplerstwo, wyssany z mlekiem matki neurotyzm, permanentna frustracja itd.), nieraz stykam się z ludźmi, którzy pouczają mnie, jak powinienem postępować albo co mi przystoi bądź nie. Ot co, dają mi dobre rady, w jaki sposób mogę stać się lepszym człowiekiem. Ergo: skoro udzielają mi takich rad, to zapewne trwają w przekonaniu, że są pozbawieni równie koszmarnych deficytów psychicznych, czyli w swoim człowieczeństwie stoją ode mnie znacznie wyżej.

Broń, Panie Boże! Nie jest to przejaw pychy ze strony tych prawych ludzi. Te światłe istoty – w swojej pokorze – pragną po prostu, bym także podążał podobną drogą prawości, życzą mi jak najlepiej. Jak podkreślają, pracują nad sobą, podczas gdy ja zatrzymałem się w samorozwoju. I zamiast wznosić się razem z nimi ku jasności bytu, coraz częściej powtarzam: „Pierdolę to”.

Jedyna moja pociecha w tym, że nieraz stykam się z ludźmi, którzy, wyłącznie na skutek dostrzegania cudzych deficytów psychicznych, mogą sycić się przekonaniem, że są prawymi ludźmi. Bez porównywania siebie z takimi frustratami, megalomanami, neurotykami i hochsztaplerami – jak ja – czuliby się naprawdę fatalnie. Ergo: jestem światu niebywale potrzebny.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

Praca nad sobą cz.1

Największą podejrzliwość wzbudzają we mnie ludzie, którzy demonstrują, że nieustannie nad sobą pracują, udoskonalają siebie i podkreślają tę swoją skłonność przy każdej możliwej okazji. Trzy godziny jogi tygodniowo, dwa weekendy w miesiącu warsztatów pracy ze świadomością, spotkania z coachem… „Rety! ­­– twierdzą tacy. – Stąpam ścieżką ku oświeceniu! Jestem lepszym człowiekiem!”. Nawet im przez myśl nie przechodzi, że ta joga, warsztaty i coaching to jedynie kolejne, bzdurne metody wymyślania samego siebie.

Autentyczna praca nad sobą odbywa się w ciszy. Jest aktem niezwykle intymnym, pełnym pokory. Jak modlitwa.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swojej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Mt 6, 5-6

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

O identyczności przeciwieństw

Co łączy inicjatorki Czarnego Marszu z piewcami skrajnej prawicy albo radykalnymi zwolennikami Radia Maryja? Wszystko. Poza treścią ideologii.

W rzeczy samej psychologiczna natura Czarnego Marszu nie będzie różniła się w niczym od manifestacji, jakie urządzają sobie chłopaki z ONR. Problem w tym, że agresją, walką, okazywaniem pogardy, udowadnianiem na siłę własnych racji daje się tworzyć jedynie zwycięstwa pozorne. Dobitne przykłady tego wskazuje historia. Cóż pozostało na przykład z dumnie i wzniośle brzmiącego hasła Rewolucji Francuskiej „Wolność, Równość, Braterstwo”? Tylko jedno: dowód na to, że człowiek jest na tyle głupią istotą, iż nie czerpie wiedzy z przeszłych doświadczeń. I ciągle chce walczyć, dowodzić swoich praw. Robić to – rzecz jasna (bo jakże by inaczej?) – w imię wolności, równości i braterstwa. Czy założenia innych buntów społecznych były złe? Zawsze przecież kierowały się wzniosłymi humanitarnymi i humanistycznymi ideami. No i cóż? W swojej głupocie nieustannie pragniemy zmieniać świat zamiast zmieniać swoją świadomość.

Tam, gdzie człowiek (bądź grupa ludzi) udziela sobie własnej – jakiejkolwiek – kategorycznej odpowiedzi na pytanie, jak być powinno, tam zawsze, wcześniej bądź później, tworzą się manowce i cudze dramaty. Na każdej płaszczyźnie życia.

Opublikowano Uncategorized | 16 komentarzy

Marzyć trzeba mądrze

– Podkreśla Pani również, że, aby uczynić pięknym życie, należy marzyć. Takie zachęty to powszechny trend w obecnej kulturze. Żyjemy przecież w świecie, w którym, jak nigdy przedtem, eksponuje się wagę czerpania z życia radości, samorealizacji albo podążania za własnymi marzeniami. Zakrawa to wręcz na jakiś marketingowy chwyt. Często słyszy się też słowa Coelho: Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie. Pani również używa tego cytatu. Tymczasem, paradoksalnie, coraz więcej osób ma problemy psychiczne, żyje pogrążona we frustracji, depresja stała się już pandemią. Jak to więc jest z tymi naszymi marzeniami?

 – Marzyć należy mądrze. Trzeba umieć rozpoznawać własne pragnienia. Mamy dzisiaj dostęp do wszystkiego. Młodzi ludzie przeglądają na przykład internet. Widzą w nim zdjęcia popkulturowych postaci: kolorowych, uśmiechniętych, beztroskich. I bardzo pragną być tacy jak one. Albo dowiadują się, że ktoś robi duży szmal, prowadząc blog modowy czy kanał na YouTube. Też tak chcą. Tyle tylko, że to nie są ich marzenia, lecz chciwe pragnienie doskoczenia do kogoś i wtopienia się we współczesny, iluzoryczny blichtr. A realizowanie własnych marzeń nie polega na doskakiwaniu do kogoś. Należy najpierw odszukać w sobie to, co daje radość, w czym posiada się talent, a dopiero potem można marzyć i uczciwie, z entuzjazmem realizować własną pasję. Przecież gdybym w wieku dwudziestu lat, mając kłopoty ze stopami, marzyła o tym, żeby zostać najwybitniejsza tancerką świata, też pewnie tkwiłabym w szponach zgryzoty. Takie nonsensowne marzenia nie sprawiają, że nasze życie jest piękne. Co więcej – na własne życzenie zabijamy nimi w sobie odczuwanie niezwykłości tego świata.

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy

Uwielbiam chłopaków z ONR-u

Otóż prawda: wielbię chłopaków z ONR-u. Zupełnie szczerze, całym swoim jestestwem i w skrytości ducha. Ubóstwiam też radykalnych islamistów oraz wszystkie pozostałe bezmyślne, ograniczone kreatury na tym świecie, które (nie wiadomo, dlaczego) chodzą jeszcze po tej Ziemi; te zakały ludzkości, jakie – w imię sprawiedliwości i najświętszych wartości – powinny zostać wyskrobane przed narodzinami, a które teraz, z ponurymi twarzami, demonstrują zacietrzewienie, okrucieństwo, egoizm, plugastwo, skrajną głupotę. Niby czuję do nich odrazę, lecz, w najgłębszych zakamarkach mojej duszy, ich obecności łaknę jak tlenu.

Jakże te kreatury są w istocie wspaniałe i jak wiele czynią dobrego! Przecież gdyby nie one, nie mógłbym się chełpić swoją szlachetnością, głębią mojego ducha, intelektu, empatią, miłosierdziem, otwartością na świat czy tolerancją wobec niego, moją życzliwością dla ludzi… Zatem bądźcie błogosławieni wszyscy ci, którzy – w moich oczach – reprezentujecie umysłową płyciznę i którzy sprawiacie, że mam poczucie górowania nad wami! Po stokroć bądźcie błogosławieni! To przecież dzięki wam jestem dumny z tego, co reprezentuję sobą. Nie jestem tak plugawy i ograniczony jak wy! Reprezentuję człowieczeństwo! I nieustannie rozwijam w sobie ludzką prawość. Zawsze też walczę o prawdę. Wszelkie moje poczynania cechuje uczciwość. Ot co, zmierzam ku doskonałości, podczas gdy wy, błądzący i nieludzcy, szczeźniecie niebawem w piekle. Mam prawo was potępiać, bo stoję ponad wami.

Oczywiście zawsze znajdzie się skurwysyn, który, pełnym ignorancji bełkotem, psuje dobre samopoczucie prawemu człowiekowi. Ale nie warto słuchać burzycieli, nie można dawać się zwodzić.

Wy, zbrodniarze na rozprawach w sądzie,
Wy, więźniowie w więziennych celach, skazani mordercy, skuci w kajdanach,
Któż ja jestem, że nie sądzą mnie i nie więżą?
Bezlitosny i diabelski jak wszyscy, czemuż nie jestem skuty, w kajdanach?
Wy, prostytutki, bezczelne na trotuarach albo sprośne w waszych pokojach,
Kimże jestem, że mam was nazywać sprośniejszymi ode mnie?
Wy, winni! Przyznaję się – odsłaniam się!
(Wielbiciele, nie chwalcie mnie, zaprzestańcie komplementów – bo muszę się krzywić, Widzę, czego nie widzicie, wiem, czego nie wiecie)
Prądy piekieł przepływają pod tą twarzą, która wydaje się tak spokojna.
Chucie i niegodziwości są w sam raz dla mnie,
Stowarzyszam się z przestępcami, kocham ich,
Czuję się jednym z nich – należę do tych więźniów i prostytutek,
I dlatego nie zaprę się ich – jak mógłbym zaprzeć się samego siebie?

Walt Whitman (przełożył Czesław Miłosz)

 

Opublikowano Uncategorized | 14 komentarzy

Zadyma lepsza od wojny

Lata temu, bodajże w 2001 r., pogadałem sobie o sporcie z prof. Leszkiem Kołakowskim. Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Drażni mnie jednak histeria kibiców, kreowanie i wzmacnianie tej egzaltacji przez media. Przecież owa histeria udowadnia w istocie, jak łatwo manipulować i zawładnąć naszymi umysłami, nawet poprzez skupianie się na zjawiskach – w istocie – absurdalnych, bez znaczenia dla losów ludzkości i pojedynczego człowieka. Faszyzm też wywoływał entuzjazm tłumu. Wtedy, w Niemczech, te same hormony waliły ludziom do mózgu co dzisiejszym śpiewakom: „Polska, biało-czerwoni!”. Niestety.

Zadyma lepsza od wojny

Czym właściwie jest sport? Czy tak, jak uważają niektórzy, mecze to tylko rozrywka dla mas, atrakcja rozbudzająca emocje jedynie w ludziach prostych, czy może sport kryje w sobie znaczenie społecznie znacznie głębsze? A czym są rekordy sportowe i jaka jest ich wyższość nad tymi, które umieszcza się w Księdze Guinessa? Z tymi pytaniami zwróciliśmy się do jednej z najwybitniejszych postaci w światowej filozofii, profesora uniwersytetu oxfordzkiego, Leszka Kołakowskiego.

– Sportem nie interesuję się prawie w ogóle – zastrzega profesor Kołakowski. – Z ochotą oglądam jednak pojedynki bokserskie, uważając tę dyscyplinę za bardzo szlachetną rywalizację. Dlaczego tak o niej myślę, tłumaczyć jednak nie będę.

– Jakie znaczenie ma sport w życiu społecznym? Wyobraża pan sobie świat bez niego?

– Trudno silić się na takie wyobrażenie, ponieważ rywalizacja sportowa towarzyszy człowiekowi niemal od zarania ludzkości. Trudno też wyobrazić sobie życie bez namiętności, jakich dostarcza sport. Niedawno Anglicy pokonali Australię na mistrzostwach świata w rugby. Proszę mi wierzyć, że było to autentyczne święto narodowe. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice Londynu, żeby święcić triumf angielskich rugbistów. Nie obeszło się rzecz jasna bez wizyty u królowej i innych honorów. Są to oczywiście namiętności, a nawet wrogości plemienne, które zawsze istniały i istnieć będą – zjawisko zupełnie naturalne.

Ich ciemną stroną są walki chuliganów na stadionach.

– Myślę, że w natłoku emocji, jakich dostarcza sport, uniknąć ich nie można. Można je zwalczać jedynie metodami policyjnymi. Chuligańskie ekscesy pomiędzy kibicami, nawet jeśli niosą z sobą ofiary, są jednak czymś lepszym od wojen. Interesujące jest to, że kiedy świętowano tutaj zwycięstwo w rugby, o którym wspomniałem, robiono to nie pod sztandarem brytyjskim, lecz pod flagą świętego Jerzego, która jest symbolem Anglii. To zaś oznacza, że w wielkich manifestacjach radości pominięto znaczenie zarówno Irlandii, Walii jak i Szkocji – zdobycie mistrzostwa świata potraktowano jako zwycięstwo plemienne jedynie Anglików.

– Czy sądzi pan, że gdyby nie namiętności sportowe, nasza agresja kanalizowałaby w bardziej okrutny sposób?

– Trudno udowodnić, że tak by się działo, ale pewnie tak jest.

– Niektórzy twierdzą, że sport to przede wszystkim pasja ludzi mało wykształconych, obca elitom intelektualnym…

– … z takim twierdzeniem absolutnie zgodzić się nie można. Jest ono z gruntu fałszywe. Tutaj w Anglii, ale nie tylko, na całym świecie także, sportem interesuje się i uprawia go arystokracja, warstwy społeczne, które uchodzą za najwyższe; studenci z najbardziej renomowanych uniwersytetów trenują różne dyscypliny i rywalizują w nich pomiędzy sobą. Sport zajmuje w ich życiu sporo miejsca.

– A może wyniki w sporcie wywołują szalone namiętności także dlatego, ponieważ pokazują, do jakiego wysiłku człowiek jest zdolny i ile potrafi osiągnąć?

– Temu twierdzeniu zaprzeczyć nie można. Każdy rekord, jeśli pobity uczciwie, pokazuje, że granica kresu ludzkich możliwości ciągle jest nieodkryta. Takich rekordów nie należy lekceważyć. Są też rekordy absurdalne, w które obfituje Księga Guinessa. Ich poważnie traktować nie należy, ponieważ ukazują bardziej ludzkie dziwactwa niż dążenie do odkrycia kresu fizycznych możliwości człowieka. Inna rzecz, że raczej wątpię, czy można wykorzenić nieuczciwość obecną w sporcie. Zawsze znajdą się tacy zawodnicy, którzy chcąc osiągnąć sukces, będą obchodzili rozmaite zakazy. Żyjemy w czasach, kiedy sportowa dzielność uległa żądzy sławy i pieniądza.

Czy przebywając w Oxfordzie słyszał pan o Adamie Małyszu?

Naturalnie. W fakcie, że zawodnik ten podnosi Polaków na duchu nie widzę nic złego i patologicznego. Nie dostrzegam też powodu, by pozbawiać Małysza ogólnonarodowego uznania, tym bardziej, że swoje sukcesy osiągnął dzięki ciężkiej pracy. Niech więc dalej pan Adam wzbija się wysoko, a my cieszmy się z jego rezultatów.

Wojciech Szczawiński

Prof. Leszek Kołakowski (ur. 1927 r.) jest uznawany za najwybitniejszego żyjącego polskiego filozofa. Był członkiem Polskiej Akademii Nauk. W roku 1968 został pozbawiony katedry na Uniwersytecie Warszawskim i udał się na emigrację. Od lat jest wykładowcą m. in. na Uniwersytecie w Oxfordzie. W swojej pracy naukowej zajmuje się głównie historią filozofii, idei religijnej, dylematami kultury europejskiej oraz problemami etycznymi i filozoficzno-politycznymi. Autor licznych książek i publikacji. W 1997 roku „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go „Królem Europy Środkowej”.

Źródło: „Sport” (ładnych parę lat temu)

 

Opublikowano Uncategorized | 3 komentarzy

Bezpieczeństwo jako stan umysłu

Szanowni Państwo,

istnieje wiele oznak tego, że nie czujemy się bezpiecznie. Zagadnienie to dotyczy w równym stopniu kobiet, jak i mężczyzn. Nie mam tu na myśli faktu, iż odczuwamy dzisiaj zagrożenie ewentualnością ataków terrorystycznych albo ulicznych rozbojów czy gwałtów. Przede wszystkim nie czujemy się bezpiecznie sami z sobą. Dowodzi tego narastająca liczba samobójstw, pandemia poczucia osamotnienia, depresji, która dotyka coraz młodszych ludzi, i wydłużające się kolejki do psychologów oraz psychiatrów. Alkoholizm bądź odurzanie się środkami psychoaktywnymi stały się zjawiskami powszechnymi, również w środowiskach cieszących się społeczną estymą, nie wyłączając tak zwanych elit intelektualnych. Oto największy paradoks naszej rzeczywistości. Jak to możliwe? Przecież żyjemy w czasach, w których, jak nigdy dotąd, podkreśla się wartość życia, przyjaźni, miłości, samorealizacji i tym podobnych rzeczy. Z czego więc wynika ów absurdalny i brutalny dysonans pomiędzy naszymi wzniosłymi – zdawałoby się – pragnieniami, a tym jak funkcjonujemy naprawdę?

Hinduski mistyk i znakomity psychoterapeuta, Anthony de Mello, twierdził, że pozytywna formuła, która brzmi: „Ja jestem OK i ty też jesteś OK”, powinna zostać zastąpiona stwierdzeniem: Ja jestem głupi i ty też jesteś głupi. Uważam, że jest to właściwy trop. Nic w tym zresztą odkrywczego. Wszystkie osoby przebudzone, począwszy od Buddy, Jezusa, Sokratesa, a na Kapleau, Wilberze albo Krishnamutrim skończywszy, powtarzają nam to samo. Czasami wprost, innym razem za pomocą przypowieści i pojemnych metafor, wskazują na fakt, że trwamy w swoistym transie hipnotycznym i powinniśmy zakwestionować nasze postrzeganie rzeczywistości, przewartościować wszystko, co nosimy w głowach. Jakże znamienne jest to, że Wyrocznia Delficka dlatego uznała Sokratesa za najmędrszego z ludzi, ponieważ twierdził on: Wiem, że nic nie wiem. Tymczasem my o tylu rzeczach wiemy, o tylu sprawach jesteśmy z całą powagą przekonani. Bywa, że słowa różnych mędrców zachwycają nas i inspirują. W istocie jednak ich nie słuchamy. Wolimy przecież trwać uczepieni własnych prawd oraz wyobrażeń. I zdaje nam się, że właśnie dzięki temu jesteśmy sobą. Zresztą postulat bycia sobą to naczelne hasło popkulturowego bełkotu. Warto jednak pamiętać, jaka jest istota i funkcja popkultury. Wynika to z samego znaczenia tego terminu.

Żyjemy, szanowni państwo, pośród iluzji, że nasz brak poczucia bezpieczeństwa to wyłącznie skutek okoliczności zewnętrznych. Obawy, jakie budzą w nas obecnie uchodźcy, narastająca przestępczość, niestabilność rynku pracy, niepewność trwałości relacji międzyludzkich albo perspektywa tego, iż w każdej chwili może nas zacząć toczyć któraś ze śmiertelnych chorób – istnieje mnóstwo powodów, by żyć w nieustannym poczuciu zagrożenia. Gratuluję też dobrego samopoczucia wszystkim tym, którzy twierdzą, że chcą jedynie kochać i być kochanymi, mieć oddanych przyjaciół, móc realizować własne marzenia, no i rzecz jasna czuć się bezpiecznie. Polecam im do zapamiętania moje ulubione stwierdzenie Ludwika Wittgensteina. Brzmi ono: Najtrudniej powstrzymać się przed samooszustwem. Tak to już jest, szanowni państwo, że człowiek najlepiej oszukuje sam siebie. Oszukiwanie innych wychodzi mu znacznie gorzej. Oczywiście niewiele jest osób, które potrafią przyznać – przede wszystkim same przed sobą – że nurzają się w samozakłamaniu niczym w szampańskiej pianie. Zwykle twierdzimy, że kieruje nami pragnienie miłości, sprawiedliwości, dobrych obyczajów itd., itp., etc. A przede wszystkim domagamy się prawdy. Notabene w buddyzmie istnieje piękne powiedzenie: Szukasz prawdy? Po prostu odrzuć swoje poglądy.

Świadectwem odczuwania braku bezpieczeństwa jest także nasza coraz powszechniejsza predylekcja do narzekania, krytykanctwa, czarnowidztwa, a co gorsze – do podkręcania i pielęgnowania w sobie negatywnych emocji, którą to skłonność niektórzy – mylnie – oceniają jako swoją wrażliwość. Coraz częściej można spotkać też ludzi, którzy z owej destrukcyjnej siły, tkwiącej w ich umysłach, czynią cnotę. A jednym z największych deficytów współczesności jest to, że człowiek utracił zdolność do konfrontowania się z samym sobą, rozpoznawania w sobie ciągłej i nieraz niezwykle subtelnej tendencji do samooszukiwania się.

Nasz neurotyzm oraz narcyzm sprawiają, że nie patrzymy na siebie obiektywnie. Jesteśmy nastrojeni na wydawanie sobie cenzurek. Z takiego dumania zwykle wychodzi nam na to, że albo uchodzimy we własnych oczach za beznadziejnych, albo wspaniałych – zależy od czasu oraz okoliczności. Albo więc sami siebie potępiamy, albo gloryfikujemy. Tymczasem wartość twórczej, konstruktywnej autoanalizy nie ma nic wspólnego z katowaniem siebie wyrzutami sumienia, wyobrażeniami własnej marności czy popadaniem w samouwielbienie. Polega ona wyłącznie na tym, że zyskujemy głęboką świadomość tego, kim jesteśmy, jak ogromnie manipulujemy sami sobą – z jak wielkim nieraz wysiłkiem podkręcamy w sobie rozmaite iluzje oraz pseudoprawdy.

Kochaj i czyń, co chcesz – to słowa św. Augustyna. Prosta rzecz: jeśli kochasz siebie i wszystko, co wokół, to – cokolwiek byś robił, człowieku – żadnej krzywdy ani sobie, ani światu nie wyrządzisz. Żyjemy jednak w czasach, w których, jak pokazują badania, człowiek coraz bardziej pogrążą się w autodestrukcji – w głębi naszych jednostkowych umysłów stajemy się wrogami samych siebie. Zatem nie jesteśmy zdolni ani do miłości własnej, ani do kochania bliźnich. Uważam, że jest to o wiele groźniejsze zjawisko niż przestępczość zorganizowana i terroryzm razem wzięte.

Dlaczego dzieje się tak, że człowiek sam siebie wprawia w permanentny niepokój i sam z sobą bezpieczny się nie czuje? Wciąż aktualne są słowa Nietzschego, zawarte w książce „Z genealogii moralności”, które brzmią: Jesteśmy sobie nieznani, my poznający, my sobie samym: i nie bez powodu. Nigdy siebie nie szukaliśmy – jakże więc mielibyśmy siebie znaleźć?. Oto najprostsza odpowiedź na wszelkie nurtujące nas pytania. Również te dotyczące bezpieczeństwia w każdym jego aspekcie. Twierdzenie Nietzschego jest zresztą niejako powtórzeniem Sokratejskiego postulatu: Poznaj samego siebie. Poznaj samego siebie, a wtedy cały świat stanie przed tobą otworem. Pytanie tylko, czy rzeczywiście mamy ochotę poznawać samych siebie. Można odnieść wrażenie, że o wiele bardziej pociąga nas rozstrzyganie spraw dotyczących na przykład tego, czy „Bolek” naprawdę był „Bolkiem”, czy ojciec dyrektor z Torunia dostanie od obecnego rządu wielomilionowe dotacje albo czy jeden z naszych eksprezydentów rzeczywiście cierpi na chorobę alkoholową. Dajemy się uwodzić wielu społecznym zjawiskom, uważając, iż skupianie na nich uwagi jest objawem naturalnym, a nawet pożądanym. Nierzadko ekscytujemy się sprawami, które kompletnie nas nie dotyczą i na które wpływu nie mamy. Pomagają w nam tym media nachalnie epatujące wizjami zagrożenia, sensacji albo ckliwych wzruszeń. Jesteśmy, proszę państwa, zdezorientowanym stadem, jakim macherzy od socjotechniki, przeróżni pseudo-guru i pozostali mentorzy naszych czasów mogą dowolnie manipulować, bazując na naszych psychicznych deficytach i kreując w nas sztuczne potrzeby. Jeśli ktokolwiek z szanownych państwa poczuł się dotknięty epitetem „zdezorientowane stado”, zaznaczę, że nie ja jestem jego autorem. Określenia tego, w pierwszej połowie XX wieku, użył Walter Lippman, nestor amerykańskich dziennikarzy oraz czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu. Wcześniej identyczne założenia socjotechniczne tworzyli przedstawiciele elit rewolucyjnych w Rosji. Metody zniewalania jednostek wszędzie są takie same, niezależnie od kultury, zinstytucjonalizowanych systemów religijnych albo politycznych.

Jakże słuszne, w kontekście dzisiejszej konferencji, wydaje się spostrzeżenie Dalajlamy: Człowiek jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera tak naprawdę nie żyjąc. Z kolei Budda nauczał: Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli. Naszymi myślami tworzymy świat. Wbrew temu wskazaniu, nasze głowy zapełnione są normami, stereotypami, myśleniem życzeniowym oraz wyobrażeniowym na temat tego, jak rzeczywistość powinna wyglądać. W wielu ludziach te nabyte ze świata zewnętrznego iluzje zakorzenione są na tyle mocno, że uważają je za oczywiste i jak najbardziej własne – zupełnie tak, jakby byli w nie wyposażeni już z chwilą przyjścia na świat. Jest to zjawisko, które, odnosząc się do terminologii nowotestamentowej, określić można jako grzech śmiertelny, grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym, w Ewangelii wg Mateusza, Jezus powiada, że nie będzie wybaczony ani w tym życiu, ani w przyszłym. Badacze Pisma i mitografowie podkreślają, że ten „grzech śmiertelny” w istocie jest metaforą związaną z rzeczywistą konstrukcją psychiczną człowieka. Jeśli tkwimy uczepieni jakiegoś iluzorycznego przekonania, pielęgnujemy je, podsycamy w sobie emocje z nim związane, to wówczas nikt i nic nie jest w stanie nam pomóc: żadna religia, żadna terapia, wiedza i żadna, nawet najbardziej wzniosła, ideologia. Sami siebie skazujemy wtedy na piekło – nie w zaświatach, lecz tu, na Ziemi. Jeśli nie porzucimy nawykowego sposobu myślenia, stereotypów i nieustannie będziemy chcieli zmieniać świat, zamiast zmieniać samych siebie, nigdy nie poczujemy się bezpieczni. Pozostanie nam jedynie omawiać sprawy bezpieczeństwa, z podobnym zresztą skutkiem, z jakim robi to Rada Bezpieczeństwa ONZ.

W jednym z Kazań Mistrz Eckhart powiada: Dlatego zacznij od siebie samego i siebie się wyrzeknij. Bo jeśli nie uciekniesz najpierw od siebie samego, wtedy bądź pewny, że dokądkolwiek pobiegniesz, gdziekolwiek się znajdziesz, zawsze natrafisz na przeszkody i niepokój. Ludzie szukają pokoju w rzeczach zewnętrznych: w miejscach i sposobach, u innych i w działaniu albo też na obczyźnie, w ubóstwie lub poniżeniu – cokolwiek by to było i choćby wywierało na tobie najsilniejsze nawet wrażenie, wszystko to pozostanie nicością i nie przyniesie ci pokoju. Z kolei Joseph Campbell, w książkowym wywiadzie zatytułowanym „Potęga mitu”, mówi: Jesteśmy tak mocno zaangażowani w robienie różnych rzeczy, w realizowanie rozmaitych celów i wartości zewnętrznych, że zapominamy o tym, iż wszystko sprowadza się właściwie do wartości wewnętrznej – do zachwycania się związanego z samym faktem bycia żywym.

Dziękuję za uwagę.

Wojciech Szczawiński
Interdyscyplinarna Konferencja Naukowo-Dydaktyczna „Kobieta bezpieczna 5”
Uniwersytet Śląski, 7 III 2016 r., Katowice

Opublikowano Uncategorized | 16 komentarzy