Ja wiem

Tak, ja wiem. Mam pełną świadomość tej wiedzy. Wiem, czym jest prawda, piękno i sprawiedliwość. I wiem też, na czym polega równość społeczna. On natomiast tego nie wie, jest uwsteczniony, ciemny. Dlatego muszę z nim walczyć. Przecież nie walczę o siebie, lecz o prawdę piękno, sprawiedliwość i równość – o to, by mój oraz jego świat miał formę godną ludzkości.

Najpierw spoglądam na niego z żartobliwym współczuciem, następnie z odrazą. Potem, z dnia na dzień, z pogłębiająca się nieustępliwością, przestają mnie drażnić tylko przekonania, które głosi. Zaczyna irytować mnie sam jego widok: wyraz twarzy, sposób poruszania, gestykulacji i mówienia. Ba, nawet jego sposób ubierania się. Kpię z niego, wyszydzam go. Co za podły tępak!

W istocie – chociaż nie mówię tego głośno – pragnę zanegować całą jego istotę, pozbawić go człowieczeństwa. Tak oto moja szlachetna walka o prawdę, dobro albo sprawiedliwość zamienia się w absurdalną nienawiść do bliźniego.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O identyczności przeciwieństw

Co łączy inicjatorki Czarnego Marszu z piewcami skrajnej prawicy albo radykalnymi zwolennikami Radia Maryja? Wszystko. Poza treścią ideologii.

W rzeczy samej psychologiczna natura Czarnego Marszu nie będzie różniła się w niczym od manifestacji, jakie urządzają sobie chłopaki z ONR. Problem w tym, że agresją, walką, okazywaniem pogardy, udowadnianiem na siłę własnych racji daje się tworzyć jedynie zwycięstwa pozorne. Dobitne przykłady tego wskazuje historia. Cóż pozostało na przykład z dumnie i wzniośle brzmiącego hasła Rewolucji Francuskiej „Wolność, Równość, Braterstwo”? Tylko jedno: dowód na to, że człowiek jest na tyle głupią istotą, iż nie czerpie wiedzy z przeszłych doświadczeń. I ciągle chce walczyć, dowodzić swoich praw. Robić to – rzecz jasna (bo jakże by inaczej?) – w imię wolności, równości i braterstwa. Czy założenia innych buntów społecznych były złe? Zawsze przecież kierowały się wzniosłymi humanitarnymi i humanistycznymi ideami. No i cóż? W swojej głupocie nieustannie pragniemy zmieniać świat zamiast zmieniać swoją świadomość.

Tam, gdzie człowiek (bądź grupa ludzi) udziela sobie własnej – jakiejkolwiek – kategorycznej odpowiedzi na pytanie, jak być powinno, tam zawsze, wcześniej bądź później, tworzą się manowce i cudze dramaty. Na każdej płaszczyźnie życia.

Opublikowano Uncategorized | 17 Komentarzy

Zadyma lepsza od wojny

Lata temu, bodajże w 2001 r., pogadałem sobie o sporcie z prof. Leszkiem Kołakowskim. Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Drażni mnie jednak histeria kibiców, kreowanie i wzmacnianie tej egzaltacji przez media. Przecież owa histeria udowadnia w istocie, jak łatwo manipulować i zawładnąć naszymi umysłami, nawet poprzez skupianie się na zjawiskach – w istocie – absurdalnych, bez znaczenia dla losów ludzkości i pojedynczego człowieka. Faszyzm też wywoływał entuzjazm tłumu. Wtedy, w Niemczech, te same hormony waliły ludziom do mózgu co dzisiejszym śpiewakom: „Polska, biało-czerwoni!”. Niestety.

Zadyma lepsza od wojny

Czym właściwie jest sport? Czy tak, jak uważają niektórzy, mecze to tylko rozrywka dla mas, atrakcja rozbudzająca emocje jedynie w ludziach prostych, czy może sport kryje w sobie znaczenie społecznie znacznie głębsze? A czym są rekordy sportowe i jaka jest ich wyższość nad tymi, które umieszcza się w Księdze Guinessa? Z tymi pytaniami zwróciliśmy się do jednej z najwybitniejszych postaci w światowej filozofii, profesora uniwersytetu oxfordzkiego, Leszka Kołakowskiego.

– Sportem nie interesuję się prawie w ogóle – zastrzega profesor Kołakowski. – Z ochotą oglądam jednak pojedynki bokserskie, uważając tę dyscyplinę za bardzo szlachetną rywalizację. Dlaczego tak o niej myślę, tłumaczyć jednak nie będę.

– Jakie znaczenie ma sport w życiu społecznym? Wyobraża pan sobie świat bez niego?

– Trudno silić się na takie wyobrażenie, ponieważ rywalizacja sportowa towarzyszy człowiekowi niemal od zarania ludzkości. Trudno też wyobrazić sobie życie bez namiętności, jakich dostarcza sport. Niedawno Anglicy pokonali Australię na mistrzostwach świata w rugby. Proszę mi wierzyć, że było to autentyczne święto narodowe. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice Londynu, żeby święcić triumf angielskich rugbistów. Nie obeszło się rzecz jasna bez wizyty u królowej i innych honorów. Są to oczywiście namiętności, a nawet wrogości plemienne, które zawsze istniały i istnieć będą – zjawisko zupełnie naturalne.

Ich ciemną stroną są walki chuliganów na stadionach.

– Myślę, że w natłoku emocji, jakich dostarcza sport, uniknąć ich nie można. Można je zwalczać jedynie metodami policyjnymi. Chuligańskie ekscesy pomiędzy kibicami, nawet jeśli niosą z sobą ofiary, są jednak czymś lepszym od wojen. Interesujące jest to, że kiedy świętowano tutaj zwycięstwo w rugby, o którym wspomniałem, robiono to nie pod sztandarem brytyjskim, lecz pod flagą świętego Jerzego, która jest symbolem Anglii. To zaś oznacza, że w wielkich manifestacjach radości pominięto znaczenie zarówno Irlandii, Walii jak i Szkocji – zdobycie mistrzostwa świata potraktowano jako zwycięstwo plemienne jedynie Anglików.

– Czy sądzi pan, że gdyby nie namiętności sportowe, nasza agresja kanalizowałaby w bardziej okrutny sposób?

– Trudno udowodnić, że tak by się działo, ale pewnie tak jest.

– Niektórzy twierdzą, że sport to przede wszystkim pasja ludzi mało wykształconych, obca elitom intelektualnym…

– … z takim twierdzeniem absolutnie zgodzić się nie można. Jest ono z gruntu fałszywe. Tutaj w Anglii, ale nie tylko, na całym świecie także, sportem interesuje się i uprawia go arystokracja, warstwy społeczne, które uchodzą za najwyższe; studenci z najbardziej renomowanych uniwersytetów trenują różne dyscypliny i rywalizują w nich pomiędzy sobą. Sport zajmuje w ich życiu sporo miejsca.

– A może wyniki w sporcie wywołują szalone namiętności także dlatego, ponieważ pokazują, do jakiego wysiłku człowiek jest zdolny i ile potrafi osiągnąć?

– Temu twierdzeniu zaprzeczyć nie można. Każdy rekord, jeśli pobity uczciwie, pokazuje, że granica kresu ludzkich możliwości ciągle jest nieodkryta. Takich rekordów nie należy lekceważyć. Są też rekordy absurdalne, w które obfituje Księga Guinessa. Ich poważnie traktować nie należy, ponieważ ukazują bardziej ludzkie dziwactwa niż dążenie do odkrycia kresu fizycznych możliwości człowieka. Inna rzecz, że raczej wątpię, czy można wykorzenić nieuczciwość obecną w sporcie. Zawsze znajdą się tacy zawodnicy, którzy chcąc osiągnąć sukces, będą obchodzili rozmaite zakazy. Żyjemy w czasach, kiedy sportowa dzielność uległa żądzy sławy i pieniądza.

Czy przebywając w Oxfordzie słyszał pan o Adamie Małyszu?

Naturalnie. W fakcie, że zawodnik ten podnosi Polaków na duchu nie widzę nic złego i patologicznego. Nie dostrzegam też powodu, by pozbawiać Małysza ogólnonarodowego uznania, tym bardziej, że swoje sukcesy osiągnął dzięki ciężkiej pracy. Niech więc dalej pan Adam wzbija się wysoko, a my cieszmy się z jego rezultatów.

Wojciech Szczawiński

Prof. Leszek Kołakowski (ur. 1927 r.) jest uznawany za najwybitniejszego żyjącego polskiego filozofa. Był członkiem Polskiej Akademii Nauk. W roku 1968 został pozbawiony katedry na Uniwersytecie Warszawskim i udał się na emigrację. Od lat jest wykładowcą m. in. na Uniwersytecie w Oxfordzie. W swojej pracy naukowej zajmuje się głównie historią filozofii, idei religijnej, dylematami kultury europejskiej oraz problemami etycznymi i filozoficzno-politycznymi. Autor licznych książek i publikacji. W 1997 roku „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go „Królem Europy Środkowej”.

Źródło: „Sport” (ładnych parę lat temu)

 

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Bezpieczeństwo jako stan umysłu

Szanowni Państwo,

istnieje wiele oznak tego, że nie czujemy się bezpiecznie. Zagadnienie to dotyczy w równym stopniu kobiet, jak i mężczyzn. Nie mam tu na myśli faktu, iż odczuwamy dzisiaj zagrożenie ewentualnością ataków terrorystycznych albo ulicznych rozbojów czy gwałtów. Przede wszystkim nie czujemy się bezpiecznie sami z sobą. Dowodzi tego narastająca liczba samobójstw, pandemia poczucia osamotnienia, depresji, która dotyka coraz młodszych ludzi, i wydłużające się kolejki do psychologów oraz psychiatrów. Alkoholizm bądź odurzanie się środkami psychoaktywnymi stały się zjawiskami powszechnymi, również w środowiskach cieszących się społeczną estymą, nie wyłączając tak zwanych elit intelektualnych. Oto największy paradoks naszej rzeczywistości. Jak to możliwe? Przecież żyjemy w czasach, w których, jak nigdy dotąd, podkreśla się wartość życia, przyjaźni, miłości, samorealizacji i tym podobnych rzeczy. Z czego więc wynika ów absurdalny i brutalny dysonans pomiędzy naszymi wzniosłymi – zdawałoby się – pragnieniami, a tym jak funkcjonujemy naprawdę?

Hinduski mistyk i znakomity psychoterapeuta, Anthony de Mello, twierdził, że pozytywna formuła, która brzmi: „Ja jestem OK i ty też jesteś OK”, powinna zostać zastąpiona stwierdzeniem: Ja jestem głupi i ty też jesteś głupi. Uważam, że jest to właściwy trop. Nic w tym zresztą odkrywczego. Wszystkie osoby przebudzone, począwszy od Buddy, Jezusa, Sokratesa, a na Kapleau, Wilberze albo Krishnamutrim skończywszy, powtarzają nam to samo. Czasami wprost, innym razem za pomocą przypowieści i pojemnych metafor, wskazują na fakt, że trwamy w swoistym transie hipnotycznym i powinniśmy zakwestionować nasze postrzeganie rzeczywistości, przewartościować wszystko, co nosimy w głowach. Jakże znamienne jest to, że Wyrocznia Delficka dlatego uznała Sokratesa za najmędrszego z ludzi, ponieważ twierdził on: Wiem, że nic nie wiem. Tymczasem my o tylu rzeczach wiemy, o tylu sprawach jesteśmy z całą powagą przekonani. Bywa, że słowa różnych mędrców zachwycają nas i inspirują. W istocie jednak ich nie słuchamy. Wolimy przecież trwać uczepieni własnych prawd oraz wyobrażeń. I zdaje nam się, że właśnie dzięki temu jesteśmy sobą. Zresztą postulat bycia sobą to naczelne hasło popkulturowego bełkotu. Warto jednak pamiętać, jaka jest istota i funkcja popkultury. Wynika to z samego znaczenia tego terminu.

Żyjemy, szanowni państwo, pośród iluzji, że nasz brak poczucia bezpieczeństwa to wyłącznie skutek okoliczności zewnętrznych. Obawy, jakie budzą w nas obecnie uchodźcy, narastająca przestępczość, niestabilność rynku pracy, niepewność trwałości relacji międzyludzkich albo perspektywa tego, iż w każdej chwili może nas zacząć toczyć któraś ze śmiertelnych chorób – istnieje mnóstwo powodów, by żyć w nieustannym poczuciu zagrożenia. Gratuluję też dobrego samopoczucia wszystkim tym, którzy twierdzą, że chcą jedynie kochać i być kochanymi, mieć oddanych przyjaciół, móc realizować własne marzenia, no i rzecz jasna czuć się bezpiecznie. Polecam im do zapamiętania moje ulubione stwierdzenie Ludwika Wittgensteina. Brzmi ono: Najtrudniej powstrzymać się przed samooszustwem. Tak to już jest, szanowni państwo, że człowiek najlepiej oszukuje sam siebie. Oszukiwanie innych wychodzi mu znacznie gorzej. Oczywiście niewiele jest osób, które potrafią przyznać – przede wszystkim same przed sobą – że nurzają się w samozakłamaniu niczym w szampańskiej pianie. Zwykle twierdzimy, że kieruje nami pragnienie miłości, sprawiedliwości, dobrych obyczajów itd., itp., etc. A przede wszystkim domagamy się prawdy. Notabene w buddyzmie istnieje piękne powiedzenie: Szukasz prawdy? Po prostu odrzuć swoje poglądy.

Świadectwem odczuwania braku bezpieczeństwa jest także nasza coraz powszechniejsza predylekcja do narzekania, krytykanctwa, czarnowidztwa, a co gorsze – do podkręcania i pielęgnowania w sobie negatywnych emocji, którą to skłonność niektórzy – mylnie – oceniają jako swoją wrażliwość. Coraz częściej można spotkać też ludzi, którzy z owej destrukcyjnej siły, tkwiącej w ich umysłach, czynią cnotę. A jednym z największych deficytów współczesności jest to, że człowiek utracił zdolność do konfrontowania się z samym sobą, rozpoznawania w sobie ciągłej i nieraz niezwykle subtelnej tendencji do samooszukiwania się.

Nasz neurotyzm oraz narcyzm sprawiają, że nie patrzymy na siebie obiektywnie. Jesteśmy nastrojeni na wydawanie sobie cenzurek. Z takiego dumania zwykle wychodzi nam na to, że albo uchodzimy we własnych oczach za beznadziejnych, albo wspaniałych – zależy od czasu oraz okoliczności. Albo więc sami siebie potępiamy, albo gloryfikujemy. Tymczasem wartość twórczej, konstruktywnej autoanalizy nie ma nic wspólnego z katowaniem siebie wyrzutami sumienia, wyobrażeniami własnej marności czy popadaniem w samouwielbienie. Polega ona wyłącznie na tym, że zyskujemy głęboką świadomość tego, kim jesteśmy, jak ogromnie manipulujemy sami sobą – z jak wielkim nieraz wysiłkiem podkręcamy w sobie rozmaite iluzje oraz pseudoprawdy.

Kochaj i czyń, co chcesz – to słowa św. Augustyna. Prosta rzecz: jeśli kochasz siebie i wszystko, co wokół, to – cokolwiek byś robił, człowieku – żadnej krzywdy ani sobie, ani światu nie wyrządzisz. Żyjemy jednak w czasach, w których, jak pokazują badania, człowiek coraz bardziej pogrążą się w autodestrukcji – w głębi naszych jednostkowych umysłów stajemy się wrogami samych siebie. Zatem nie jesteśmy zdolni ani do miłości własnej, ani do kochania bliźnich. Uważam, że jest to o wiele groźniejsze zjawisko niż przestępczość zorganizowana i terroryzm razem wzięte.

Dlaczego dzieje się tak, że człowiek sam siebie wprawia w permanentny niepokój i sam z sobą bezpieczny się nie czuje? Wciąż aktualne są słowa Nietzschego, zawarte w książce „Z genealogii moralności”, które brzmią: Jesteśmy sobie nieznani, my poznający, my sobie samym: i nie bez powodu. Nigdy siebie nie szukaliśmy – jakże więc mielibyśmy siebie znaleźć?. Oto najprostsza odpowiedź na wszelkie nurtujące nas pytania. Również te dotyczące bezpieczeństwia w każdym jego aspekcie. Twierdzenie Nietzschego jest zresztą niejako powtórzeniem Sokratejskiego postulatu: Poznaj samego siebie. Poznaj samego siebie, a wtedy cały świat stanie przed tobą otworem. Pytanie tylko, czy rzeczywiście mamy ochotę poznawać samych siebie. Można odnieść wrażenie, że o wiele bardziej pociąga nas rozstrzyganie spraw dotyczących na przykład tego, czy „Bolek” naprawdę był „Bolkiem”, czy ojciec dyrektor z Torunia dostanie od obecnego rządu wielomilionowe dotacje albo czy jeden z naszych eksprezydentów rzeczywiście cierpi na chorobę alkoholową. Dajemy się uwodzić wielu społecznym zjawiskom, uważając, iż skupianie na nich uwagi jest objawem naturalnym, a nawet pożądanym. Nierzadko ekscytujemy się sprawami, które kompletnie nas nie dotyczą i na które wpływu nie mamy. Pomagają w nam tym media nachalnie epatujące wizjami zagrożenia, sensacji albo ckliwych wzruszeń. Jesteśmy, proszę państwa, zdezorientowanym stadem, jakim macherzy od socjotechniki, przeróżni pseudo-guru i pozostali mentorzy naszych czasów mogą dowolnie manipulować, bazując na naszych psychicznych deficytach i kreując w nas sztuczne potrzeby. Jeśli ktokolwiek z szanownych państwa poczuł się dotknięty epitetem „zdezorientowane stado”, zaznaczę, że nie ja jestem jego autorem. Określenia tego, w pierwszej połowie XX wieku, użył Walter Lippman, nestor amerykańskich dziennikarzy oraz czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu. Wcześniej identyczne założenia socjotechniczne tworzyli przedstawiciele elit rewolucyjnych w Rosji. Metody zniewalania jednostek wszędzie są takie same, niezależnie od kultury, zinstytucjonalizowanych systemów religijnych albo politycznych.

Jakże słuszne, w kontekście dzisiejszej konferencji, wydaje się spostrzeżenie Dalajlamy: Człowiek jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera tak naprawdę nie żyjąc. Z kolei Budda nauczał: Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli. Naszymi myślami tworzymy świat. Wbrew temu wskazaniu, nasze głowy zapełnione są normami, stereotypami, myśleniem życzeniowym oraz wyobrażeniowym na temat tego, jak rzeczywistość powinna wyglądać. W wielu ludziach te nabyte ze świata zewnętrznego iluzje zakorzenione są na tyle mocno, że uważają je za oczywiste i jak najbardziej własne – zupełnie tak, jakby byli w nie wyposażeni już z chwilą przyjścia na świat. Jest to zjawisko, które, odnosząc się do terminologii nowotestamentowej, określić można jako grzech śmiertelny, grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym, w Ewangelii wg Mateusza, Jezus powiada, że nie będzie wybaczony ani w tym życiu, ani w przyszłym. Badacze Pisma i mitografowie podkreślają, że ten „grzech śmiertelny” w istocie jest metaforą związaną z rzeczywistą konstrukcją psychiczną człowieka. Jeśli tkwimy uczepieni jakiegoś iluzorycznego przekonania, pielęgnujemy je, podsycamy w sobie emocje z nim związane, to wówczas nikt i nic nie jest w stanie nam pomóc: żadna religia, żadna terapia, wiedza i żadna, nawet najbardziej wzniosła, ideologia. Sami siebie skazujemy wtedy na piekło – nie w zaświatach, lecz tu, na Ziemi. Jeśli nie porzucimy nawykowego sposobu myślenia, stereotypów i nieustannie będziemy chcieli zmieniać świat, zamiast zmieniać samych siebie, nigdy nie poczujemy się bezpieczni. Pozostanie nam jedynie omawiać sprawy bezpieczeństwa, z podobnym zresztą skutkiem, z jakim robi to Rada Bezpieczeństwa ONZ.

W jednym z Kazań Mistrz Eckhart powiada: Dlatego zacznij od siebie samego i siebie się wyrzeknij. Bo jeśli nie uciekniesz najpierw od siebie samego, wtedy bądź pewny, że dokądkolwiek pobiegniesz, gdziekolwiek się znajdziesz, zawsze natrafisz na przeszkody i niepokój. Ludzie szukają pokoju w rzeczach zewnętrznych: w miejscach i sposobach, u innych i w działaniu albo też na obczyźnie, w ubóstwie lub poniżeniu – cokolwiek by to było i choćby wywierało na tobie najsilniejsze nawet wrażenie, wszystko to pozostanie nicością i nie przyniesie ci pokoju. Z kolei Joseph Campbell, w książkowym wywiadzie zatytułowanym „Potęga mitu”, mówi: Jesteśmy tak mocno zaangażowani w robienie różnych rzeczy, w realizowanie rozmaitych celów i wartości zewnętrznych, że zapominamy o tym, iż wszystko sprowadza się właściwie do wartości wewnętrznej – do zachwycania się związanego z samym faktem bycia żywym.

Dziękuję za uwagę.

Wojciech Szczawiński
Interdyscyplinarna Konferencja Naukowo-Dydaktyczna „Kobieta bezpieczna 5”
Uniwersytet Śląski, 7 III 2016 r., Katowice

Opublikowano Uncategorized | 16 Komentarzy

Dobro wraca

Wczoraj, późnym wieczorem, zaczepiła mnie w centrum miasta jakaś starowinka, wspierająca się o żelazne ramię znaku drogowego.
– Bardzo pana przepraszam – powiedziała grzecznie. – Tak się składa, że jestem bezdomna i choruję na nowotwór. Potrzebuję dwa pampersy i tabletki. To kosztuje sześć złotych i czternaście groszy.
„A tam… – przeprowadziłem w umyśle szybką kalkulację. – Przecież nie zbiednieję”.
– To może kupię pani te pieluchy? – zaproponowałem. – Obok jest apteka.
– Dobrze, dobrze, dziękuję – padła odpowiedź. – Pampersów potrzebuję, z rzepami.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Nazwy tabletek już nie pamiętam. Rzeczywiście: za wszystko zapłaciłem sześć złotych i czternaście groszy. Wręczyłem starowince zakupy i udałem się na przystanek autobusowy, niebywale podkurwiony myślą, że, nie wiadomo ile, będę musiał czekać na transport do domu.
Gdy wszedłem na przystanek, niemal w tej samej sekundzie podjechał mój autobus.
Wraca dobro? Wraca. Niech nikt nie opowiada, że dzieje inaczej.

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Rozmowa z Januszem Świtajem

W tej rozmowie, chociaż odbyłem ją z osobą całkowicie sparaliżowaną i oddychającą za pomocą respiratora, znajdują się treści uniwersalne, drogowskaz dla każdego człowieka w pełni zdrowia i sił. Dzisiaj – w ramach tekstów publikowanych pod pseudonimem – wywiad z Januszem Świtajem. Dla jasności: Jerzy – imię mojego Ojca, Tabor – nazwisko panieńskie Matki.

Statuetkę „Człowieka bez barier”, jaką magazyn „Integracja” przyznał już po raz 12., pracownik Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko” odebrał dzisiaj, podczas uroczystej gali na Zamku Królewskim w Warszawie. O całkowicie sparaliżowanym i oddychającym za pomocą respiratora Januszu Świtaju stało się głośno, gdy, jako 32-latek, w roku 2007, zwrócił się z prośbą do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o zgodę na eutanazję, godną dla siebie śmierć.

– W tamtym czasie, po wypadku drogowym w 1993 roku, moim jedynym oknem na świat było najpierw okno Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej, a potem telewizor w mieszkaniu – wspomina Janusz. – W takiej całkowitej izolacji od świata zewnętrznego trwałem przez piętnaście lat. Byłem zdany wyłącznie na opiekę rodziców, widziałem ich coraz większe zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Chwilami ten widok stawał się dla mnie bardziej dobijający niż świadomość beznadziei, w jakiej się znalazłem, i osobistego dramatu.

– Ten okres bezpowrotnie masz za sobą. Jak odnalazłeś w sobie siły życia?

– Leżąc w łóżku podpięty do respiratora, nie przestawałem marzyć o najprostszych rzeczach, na przykład o wyjściu na spacer. Myślałem też o tym, co bym robił, gdyby do wypadku nie doszło: gdzie się uczył, pracował, jak wyglądałaby moja rodzina… W wyobraźni tworzyłem różne obrazy. To dawało mi siłę. Teraz wiele z tym planów, dzięki pomocy asystentów i rodziców, mogę realizować. Grono moich znajomych coraz bardziej się powiększa. Otworzyłem się na świat, więc świat otworzył się na mnie.

– Czy w tamtym, ponurym dla ciebie, czasie była chwila, która stała się przełomem?

– Owszem. Takim momentem były pierwsza wizyta w moim mieszkaniu pani Anny Dymnej i złożona mi przez nią propozycja pracy w fundacji „Mimo Wszystko”. Pojawiła się też szansa na specjalistyczny wózek z respiratorem. Zrozumiałem wtedy, że nie jestem sam, że mogę się stać komuś potrzebny i wreszcie, po piętnastu latach koszmaru, zdołam oderwać się od łóżka. Potem nastąpiły kolejne zmiany: decyzja o podjęciu nauki w liceum, zdawaniu matury, kontynuowaniu edukacji na wyższej uczelni… Najważniejsze było jednak to, że, w roku 1999, wydostałem się z OIOM-u. W tamtym czasie osoby z tak poważnym urazem kręgosłupa kończyły zazwyczaj swój żywot w szpitalnych łóżkach. Tymczasem ja, na wszelkie możliwe sposoby, starałem się pozyskać fundusze na zakup domowego respiratora. I udało się.

– Do egzaminu maturalnego podchodziłeś trzykrotnie.

– Nie poddawałem się. Życie nie polega na tym, by bezczynnie je przeleżeć. Matura była dla mnie sprawą ambicjonalną. Uważałem, że, jako dojrzały człowiek, powinienem ją mieć. A kiedy otrzymałem świadectwo dojrzałości, zdecydowałem się na dalszą edukację. Obecnie jestem studentem drugiego roku psychologii na Uniwersytecie Śląskim.

– Można by zapytać, po co osobie całkowicie sparaliżowanej matura albo dyplom wyższej uczelni.

– Nieraz słyszałem takie pytania: „Janusz, po co ci ta nauka, ten wysiłek?”. W ogóle nie zwracałem na to uwagi. Robiłem swoje. Tylko dzięki temu poszerzałem swoje poczucie wolności.

– Niektórzy mogą też powiedzieć: Świtaj miał fart. Przecież Anna Dymna nie każdego zatrudni w swojej fundacji. Nie każdy sparaliżowany człowiek może otrzymać specjalistyczny wózek z respiratorem…

– … i nie każda osoba niepełnosprawna ma tak oddanych rodziców jak ja.

– Otóż to.

– Fundacje i inne stowarzyszenia nie są w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb osób chorych i niepełnosprawnych. To bardzo trudne zagadnienie. Ludzi znajdujących się w potrzebie jest wielu.

– Co byś im powiedział?

– Przeleżałem w bezruchu oraz izolacji od świata przez piętnaście lat. Było ciężej albo bardzo ciężko. Wiem jedno: nigdy nie wolno tracić nadziei. Starałem się przetrwać te wszystkie trudne chwile, robiąc tyle, ile mogłem. Pisałem swoją biografię. Prowadziłem też własna stronę internetową, mimo że napisanie jednego zdania, za pomocą ołówka trzymanego w ustach, zajmowało mi nieraz parę godzin. Teraz, gdy mam wózek z respiratorem, pomoc asystentów i wsparcie ze strony Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, znacznie poszerzyłem zakres swoich działań.

– Mógłbyś wielu rzeczy nie robić, usprawiedliwiając się swoim stanem.

– Ale taki mam charakter, że chce mi się działać, poznawać świat i ludzi, pomagać im. Dlatego, niezależnie od pracy w fundacji „Mimo Wszystko”, angażuję się w wiele projektów społecznych i charytatywnych. Lubię dawać z siebie wszystko. Od narzekania nikomu się jeszcze nie poprawiło. Powiem więcej: niektórzy ludzie sami mocno pracują na to, by czuć się społecznie wykluczonymi.

– Dotyczy to nie tylko osób niepełnosprawnych.

– Tak naprawdę wiele barier sami budujemy w swoich głowach, pielęgnujemy w sobie poczucie krzywdy, pretensje. Przez to ograniczamy samych siebie. Czasami spotykam się z opiniami, że posiadam siłę przebicie, a inni jej nie mają i dlatego jest im gorzej niż mnie. Może mój tytuł „Człowieka bez barier” też spowoduje, że niektórzy powiedzą z żalem: temu Świtajowi za dużo w życiu się udaje.

– Może powiedzą. I co ty na to?

– Na wszystko ciężko pracuję. Staram się działać, likwidować bariery. Również te, które tkwią w moim umyśle. Robiłem to i robię cierpliwie, etapami. W ten sposób poszerza się horyzont moich możliwości. W życiu trzeba mieć właściwe priorytety. Zamierzam teraz skończyć studia, mieć jakieś wyniki. W dalszym ciągu pragnę też pomagać ludziom. A kiedy człowiek obierze cele w swoim życiu i zacznie je realizować, wtedy bariery znikają. Realizacja naszych zamierzeń wymaga jednak wysiłku oraz odpowiedniej postawy. To uniwersalna reguła. Obowiązuje wszystkich ludzi, bez względu na stan ich zdrowia czy zakres sprawności. Oczywiście bariery w moim życiu istnieją, chociażby te architektoniczne. Nie skupiam jednak na nich uwagi. I działam, mimo że istnieją.

Rozmawiał Jerzy Tabor

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Poza wszechświat…

Nie ma gorszego zła od pięknych słów, które kłamią

Ten cytat z Ajschylosa daje mi wiele do myślenia, szczególnie na przestrzeni ostatnich dni. Odkrywam bowiem, jak wiele negatywnych emocji rozbudza obłuda ‒ perfidia ranienia nas pokryta uśmiechami, wzniosłymi słowami itd. Jednocześnie zadaję sobie pytanie, czy można zranić człowieka prawdziwie wolnego, autentycznego ‒ jak to określał Kapuściński ‒ arystokratę myśli.

Kiedy ktoś nas upadla, depcze godność oraz obraża naszą inteligencję, a przy tym osiąga w tym działaniu Himalaje hipokryzji… Niewolnik w takiej sytuacji podejmuje walkę, ulega emocjom, pragnie odwetu, chce dowodzić swoich praw ‒ w imię rzekomej przyzwoitości albo elementarnego poczucia sprawiedliwości. Tymczasem człowiek wolny zdaje sobie sprawę, że pojęcie „sprawiedliwość” to jedynie iluzja, jaką wmawia się motłochowi i jaką motłoch się karmi.

Najjaskrawszym dowodem na istnienie tej iluzji jest chociażby fakt, iż ludzie rozumni muszą zmagać się nieraz z idiotami. Co więcej ‒ że tacy idioci dostają nierzadko społeczne prawo do decydowania o losie ludzi rozumnych. I co z tym zrobisz? Nic z tym nie zrobisz? Po prostu tak toczy się ten świat.

Wszelkie, prawdziwie etyczne, ideologie podkreślają moc współczucia oraz wybaczania. Współczucie i wybaczanie ‒ jak już kiedyś pisałem na tym blogu ‒ stają się wyrazem nie słabości, lecz biorą się z wnikliwego oglądu rzeczywistości. Napisałem też kiedyś, że istnieją ludzie, których nie należy kopać, ponieważ wystarczająco już skopani są przez życie (a właściwie: kopią samych siebie, nawet nie rozumiejąc, że samodzielnie wymierzają sobie kopniaki).

Człowiek głupi, pozbawiony wyczucia, talentu, kompetencji, mając społeczne przyzwolenie na kierowanie naszym losem, może poranić nas hipokryzją, wpędzić w totalne poczucie niemocy, wiele nam odebrać. Jednak doznając bólu, obłudy czy niesprawiedliwości, zamykamy się tylko w jednym wymiarze ‒ ciasnej sferze naszych indywidualnych odczuć, brniemy w ślepą uliczkę, skąd już tylko krok do stoczenia się w przepaść bezrozumności. W takich sytuacjach tracimy z oczu fakt, że ten głupi, wyrządzający nam krzywdę, człowiek w istocie potwornie cierpi, wszak głupota zawsze rodzi cierpienie.

Zazwyczaj taki człowiek czuje się bezsilny wobec własnego życia, dlatego odczuwa też dyskomfort wobec każdego, kto go przerasta. Mimo że, nierzadko, deklaruje zadowolenie z siebie i swoje pozytywne nastawienie do rzeczywistości, w istocie męczy się: spędza codzienność pod presją nieustannego dowodzenia przed innymi i samym sobą własnej wartości, dąży do władzy nad innymi, gdzie tylko może wykazuje swoje pierwszeństwo, a także ‒ rzekome ‒ racje. Nie potrafiąc być sobą i żyć własnym życiem, naśladuje innych, zachwyca się obowiązującymi trendami, szczególnie bełkotem o samodoskonaleniu. Chcą zaś ogarnąć swoją małość oraz bezsilność, szuka ratunku na szkoleniach coachingowych, w gabinetach psychoterapeutów albo w ideologiach religijnych. Dlatego takiej osoby nie należy karać dodatkowymi kopniakami. Razy, jakie otrzymała i nadal otrzymuje od życia (a raczej, które sama sobie zadaje) są wystarczająco bolesne.

Największym dramatem tego rodzaju ludzi jest to, że są hipokrytami wobec samych siebie. Jednak wyzwolić się z tej hipokryzji nie mogą, ponieważ nie chcą konfrontować się sami z sobą. Czy nie są to wystarczające powody do okazywania im współczucia? Czy mądrym jest karanie ślepca za to, że nie widzi? Zły kontakt z samym sobą, odczuwanie fatalności własnego życia są najgorszymi karami, jakie spotykają człowieka. Bez względu na to, jaką ideologię dorobi sobie do istnienia.

Podstawowa rzecz: człowiek rozumny wie, że ‒ bez względu na okoliczności ‒ poza wszechświat i tak nie wypadnie. To właśnie z tej świadomości bierze się autentyczne poczucie wolności.

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy