Ruch zamiast viagry

Rozmowa z prof. dr. hab. Zbigniewem Lew-Starowiczem, psychiatrą i seksuologiem

– Sportowcy to grupa społeczna, której organizmy poddawane są szczególnemu wysiłkowi i obciążeniom. Czy zatem cechują ją jakieś specyficzne predyspozycje seksualne?

– Z pewnością u sportowców występuje wiele czynników, które sprzyjają seksualności. Po pierwsze – sylwetka osób uprawiających sport jest dobrze zbudowana i umięśniona, to zaś powoduje, że własne ciało mogą one postrzegać z zadowoleniem i akceptacją. Po drugie – na punkcie swojego wyglądu posiadają znacznie mniej kompleksów i zahamowań niż ludzie, którzy żadnego sportu nie uprawiają. Istnieje również ścisły związek pomiędzy aktywnością ruchową a poziomem testosteronu w organizmie. Mężczyźni, którzy kulturą fizyczną nie zajmują się wyczynowo, a jedynie zaczynają trenować dla własnej przyjemności – na przykład biegają po parku albo chodzą do siłowni – są zaskoczeni nagłym przypływem popędu oraz energii życiowej. Rzec by można, iż intensywny ruch wpływa na wyższy poziom libido. Do tego należy dodać czynnik kolejny: aktywność ruchowa sprzyja podejmowaniu decyzji, wzmaga odwagę oraz dążenie do rywalizacji w walce o sukces. To – siłą rzeczy – przenosi się na relacje z płcią odmienną. Mniej jest w tym względzie zahamowań, lęku, nieśmiałości albo obaw. Nic dziwnego, że seksualność ludzi uprawiających sport może się prezentować zupełnie dobrze.

– Badania wykazały, że w rankingu europejskim Polacy jako kochankowie nie wypadają dobrze. Czy jest to spowodowane także faktem, że nasza sprawność fizyczna pozostawia wiele do życzenia?

– Naturalnie. Jednym z czynników decydującym o zdrowiu seksualnym jest aktywność ruchowa. Jeżeli mężczyzna zażywa niewiele ruchu, to nawet w wieku trzydziestu paru  lat może mieć zaburzenia erekcji. Warto przy tym zaznaczyć, że pod tym względem nie istnieją żadne ograniczenia wiekowe. Niektórzy mężczyźni, mając sto lat, prowadzą satysfakcjonujące życie seksualne. Uprawianie sportu ma ogromne znaczenie dla zdrowia seksualnego i chociażby dlatego powinniśmy dbać o naszą sprawność fizyczną. Warto jednak zaznaczyć, że wszędzie tam, gdzie następuje przekroczenie granic biologicznej stabilności, w organizmie pojawiają się defekty. Również takie, których konsekwencją jest obniżeniem sprawności seksualnej.

– Przykładowo u kolarzy występuje przegrzanie jąder…

– … nie tylko przegrzanie, ale także ucisk na naczynia krwionośne. Dlatego u zawodników wyczynowo uprawiających kolarstwo mogą często występować problemy z płodnością oraz zaburzenia krążenia. Nierzadko powodują one trudności z osiąganiem erekcji. Niebezpieczny pod tym względem może być także boks, jeśli dochodzi w nim do urazów głowy. Natomiast w podnoszeniu ciężarów – ale nie tylko w tej dyscyplinie – mamy do czynienia z ogromnymi obciążeniami kręgosłupa, a pamiętać należy, że w rdzeniu kręgowym usytuowane są ośrodki, które sterują życiem seksualnym. Jeżeli więc u ciężarowców dochodzi do pewnych rodzajów dyskopatii albo spłaszczenia krążków, to takie czynniki  odbiją się negatywnie na ich seksie.

– Sportowcy wyczynowi spędzają na przeróżnych zgrupowaniach i zawodach nawet ponad dwieście dni w roku. W tej sytuacji rozładowywanie napięcia seksualnego w związku ze stałym partnerem staje się praktycznie niemożliwe. Jak więc wygląda życie erotyczne takich ludzi. Czy opiera się głównie na popełnianiu „grzechu Onana”?

– Z tym może bywać różnie. Zresztą nie sądzę, aby można tutaj doszukiwać się odmiennych zachowań niż tych, jakie obowiązują w całym społeczeństwie. Z pewnością część sportowców masturbuje się, część odwiedza agencje towarzyskie albo romansuje Z kolei inni swoją energię seksualną sublimują sobie na coś innego. Nie ma reguł. Istnieją wszak zawodnicy bardzo pobożni i monogamiczni, ale są też tacy, którzy zmieniają dziewczyny jak rękawiczki, ponieważ taki mają styl bycia.

– Część sportowców przed startem w zawodach stosuje abstynencję seksualną. Czy taka abstynencja rzeczywiście ma wpływ na osiągany wynik? Może dla osób nie uprawiających sportu wyczynowo ma ona także jakieś znaczenie?

– Twierdzenie, jakoby powstrzymywanie się od współżycia seksualnego sprzyjało biciu rekordów na stadionach, w świetle obecnie przeprowadzanych badań, jest nieprawdziwe. W tym względzie trzeba się kierować subiektywnym stanem sportowca. Część zawodników jest aktywna seksualnie nawet w przeddzień turnieju, ponieważ współżycie wpływa na nich pozytywnie, inni z kolei – zachowują abstynencję czując, że ta dodaje im wigoru. Takie zjawisko jest zupełnie naturalne. Podobne zachowania można zaobserwować u ludzi nie mających nic wspólnego z kulturą fizyczną. Niektórzy mężczyźni zasypiają po odbyciu kopulacji, ale są również tacy, którzy mogą po niej „przenosić góry”.

– Wiadomo, że sportsmenki zażywają środki przyspieszające bądź opóźniające menstruację. Biorąc pod uwagę, że lekkoatletka albo koszykarka startuje w ciągu roku w kilku albo kilkunastu turniejach, staje się oczywiste, że takie środki musi ona przyjmować niezwykle często. Czy to nie odbija się negatywnie na jej zdrowiu?

– Przyznam, że znam wielu sportowców, nawet członków kadry narodowej, którym udzielam konsultacji albo którzy przychodzą do mnie zwyczajnie porozmawiać o swoich sprawach. Niewiele natomiast poznałem sportsmenek. Owszem, kilka zgłosiło się do mnie, gdy na skutek zażywania dopingu miały poważne zaburzenia cyklu miesiączkowego, przerost łechtaczki czy inne kłopoty ze zdrowiem. Jednak kobiety uprawiające sport wyczynowo praktycznie do mnie nie trafiają. Sądzę, że jest to spowodowane albo tym, że lepiej od mężczyzn radzą sobie z problemami seksualnymi, albo też – ich powiernikami w sprawach intymnych stają się ginekolodzy. Wracając do pańskiego pytania stwierdzić muszę, że organizm kobiety posiada wręcz cudowne właściwości przystosowawcze – potrafi dojść do pełnej wydolności nawet po najcięższych kuracjach hormonalnych. Przykładem na to mogą być anorektyczki albo narkomanki. Przypuszczam, iż decyduje o tym fakt silnego nastawienia kobiecego organizmu na prokreację. Zaznaczam jednak, że jest to tylko hipoteza.

– Sądzi pan, że w okresie napięcia przedmiesiączkowego, kiedy u większości kobiet wzrasta drażliwość, a nawet agresja, zawodniczki byłyby w stanie osiągać lepsze wyniki niż czynią to normalnie?

– Co prawda kobiety z zespołem napięcia przedmiesiączkowego posiadają wyższy poziom agresji – który mógłby skutkować dobrym wynikiem w sporcie – ale też szybciej się męczą. Mogę więc sobie jedynie wyobrazić, że w takim okresie, podczas jakiegoś krótkotrwałego wysiłku, ich wynik byłby lepszy.

– Na przykład w biegu na sto metrów albo w skoku wzwyż?

– Chociażby. Natomiast jeżeli wysiłek wiąże się z rozłożeniem w czasie, to – po okresie początkowej mobilizacji – napięcie przedmiesiączkowe wywołałoby w organizmie nagły spadek energii.

– Sport jest domeną mężczyzn. Wiadomo jednak, że dzięki estrogenowi, kobiety, bardziej niż mężczyźni, są odporne na ból oraz łatwiej niż oni znoszą przeciążenia psychiczne. Czy, pańskim zdaniem, można przyjąć hipotezę, że wyniki kobiet w niektórych dyscyplinach staną się kiedyś lepsze od tych, jakie osiągają mężczyźni?

– Taka sytuacja nie byłaby dla mnie zaskoczeniem. Warto przypomnieć, że dawniej sport kobiecy był sportem bis, a w teatrach starożytnej Grecji nawet role żeńskie były kreowane przez mężczyzn. Obecnie jednak wszystko się zmienia: panie coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w życiu społecznym i pokazują, na co naprawdę je stać. Kto wie, jak będzie wyglądał sport przyszłości i czy nie stanie się on domeną kobiet.

– W niektórych dyscyplinach, w takich na przykład jak gimnastyka artystyczna albo łyżwiarstwo figurowe, erotyzm odgrywa bardzo znaczącą rolę. Widoczny jest on także na przykład w kulturystyce. W jakim stopniu aspekt erotyczny może wpływać na sympatię bądź antypatię kibiców dla danej dziedziny sportu?

– Wszystko zależy od gustu kibica. Jeżeli podoba mu się tradycyjny typ kobiety: kobieta o kształtach aerodynamicznych, ciepła, uczuciowa i atrakcyjnie wyglądająca, to taki człowiek z pewnością stanie się entuzjastą gimnastyki artystycznej i innych tego typu dyscyplin, odczuwając zarazem niechęć do dziewcząt trenujących boks, piłkę nożną, zapasy albo podnoszenie ciężarów. Natomiast mężczyzna gustujący w męskich kobietach będzie spoglądał z zachwytem na panie, które uprawiają sporty siłowe. Wbrew pozorom nie tylko osiągane wyniki przyciągają kibiców do sportu. W dużym stopniu o ich upodobaniach może także decydować erotyzm danej dyscypliny. Zauważyć przy tym trzeba, że dzisiaj nie ma już jednego, tradycyjnego modelu męskiego oraz kobiecego. Obowiązujące dawniej stereotypy dotyczące tego, jak mężczyzna i kobieta powinni wyglądać albo jakie z ról społecznych są im przypisane, odchodzą przecież w zapomnienie. Ten proces jest widoczny również w sporcie.

– Kibice oswajają się także ze zjawiskiem wywiązywania się uczuć pomiędzy trenerem a zawodniczką. Jeszcze kilka lat temu nagłośnienie takich romansów było szokiem dla opinii publicznej.

– W takim romansowaniu nie ma nic nadzwyczajnego i nie jest ono specyfiką sportu. Może do niego dojść wszędzie: w biurze, pomiędzy szefem i młodą sekretarką, na obozie naukowym pomiędzy studentką a wykładowcą albo pomiędzy terapeutą i osobą, która terapii jest poddawana. Po prostu wszędzie tam, gdzie zachodzi relacja bliskości. Jest to zjawisko uniwersalne.

– Kilku sportowców na świecie przyznało się do homoseksualizmu. Czy orientacja seksualna może mieć wpływ na sukcesy odnoszone przez gejów w takiej czy innej dyscyplinie?

– Nie. Może ona natomiast decydować o wyborze określonej dyscypliny. Zresztą taki wybór nie jest kwestią przypadku także u osób heteroseksualnych. Trudno przecież wyobrazić sobie, żeby mężczyzna delikatny i uczuciowy zaczął trenować boks, karate lub dżudo. Owszem, taka osoba może wybrać boks albo kulturystykę, ale na zasadzie kompensacji, to znaczy: gdy taki osobnik marzy o tym, by stać się twardzielem. Na tej samej zasadzie mężczyzna zalękniony może powziąć zamiar uprawiania któregoś ze sportów ekstremalnych. Jednak u większości sportowców wybór dyscypliny nie jest sprawą przypadku – wiąże się z ich osobowością i seksualnością.

– Panuje obiegowa opinia – wypowiadana żartem albo w tonie złośliwości – że członek kulturystów jest mały. Prawda to czy fałsz?

– Oczywiście jest to stwierdzenie z gruntu nieprawdziwe. Co prawda może się zdarzyć, że ktoś pragnie być kulturystą, ponieważ posiada kompleks małego członka. Nie jest jednak tak, że przeprowadzając badania na grupie stu kulturystów, odkryjemy, iż większość z tych mężczyzn ma małego członka. Pomiędzy jego wielkością a wielkością masy mięśniowej nie zachodzi żadna zależność. Podobnym mitem jest opinia, że wielkość fallusa decyduje o orgazmie kobiety. Seks znacznie wykracza poza sfery cielesności. O tym wielu ludzi nie wie albo nie chce pamiętać. Jest to istotny problem wielu związków.

– Niektórzy zawodnicy albo trenerzy „zaprzedają nawet diabłu duszę” byle osiągnąć sukces. Również wielu mężczyzn, rekreacyjnie trenujących w siłowniach, sztucznie stymuluje przyrost masy mięśniowej. Robią to, żeby stać się bardziej atrakcyjni seksualnie. Czy naprawdę nie zdają sobie sprawy, że zażywanie „koksu” przynosi skutek wręcz odwrotny?

– Wielu moich pacjentów stosowało niedozwolony rodzaj stymulacji, nie zdając sobie sprawy z jego konsekwencji. Beztroska i bagatelizowanie negatywnych skutków zażywania „koksu” wciąż mnie zadziwiają. Taki doping jest wszak zabójcą dla seksu. Powoduje on zaburzenie erekcji, problemy z wytryskiem, nie mówiąc o innych zagrożeniach dla zdrowia. Spustoszenie jest ogromne. Spotkałem chłopaka, któremu przez pięć kolejnych dni aplikowano silne zastrzyki hormonalne, podczas gdy zdrowemu mężczyźnie podawanie testosteronu jest w ogóle zabronione, natomiast chory może przyjmować jedną taką dawkę raz w miesiącu. To zupełnie niezrozumiałe zjawisko, tym bardziej, że inicjowane jest ono niejednokrotnie przez ludzi, którzy powinni troszczyć się o zdrowie sportowca. Po raz kolejny apeluję więc o rozsądek

WOJCIECH SZCZAWIŃSKI

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nieświęta Anna Dymna

Pomysł na tę książkę wziął się z tego, że jestem krańcowo sceptyczny wobec ludzi, którzy powołują się na prawdę, dobro i miłosierdzie. Szczególnie wobec tych, którzy robią to publicznie. Uważam, że dla większości społeczeństwa pojęcia te są jedynie protezą, kiepskimi racjonalizacjami, które w istocie nie mają nic wspólnego z naszymi rzeczywistymi motywacjami działań wobec bliźnich. Człowiek najlepiej oszukuje sam siebie. Oszukiwanie innych wychodzi mu znacznie gorzej.

***

Od początku informowałem Annę Dymną, że nie jestem członkiem jej fanklubu i nie zamierzam dołączać do wianuszka jej piewców. Zresztą do dzisiaj nie mam pojęcia, dlaczego zdecydowała się na robienie tego wywiadu. Dochodzę do wniosku, że na taką rozmowę godzą się albo ludzie krańcowo zdesperowani, albo tacy, którzy nie mają nic do ukrycia. Ponieważ Dymnej trudno zarzucić jakąkolwiek desperację, to sprawa staje się oczywista.

U Dymnej wszystko jest spójne, zharmonizowane. W jej postępowaniu nie ma kalkulacji. Myślę, że bez względu na to, czy byłaby kasjerką w supermarkecie, lekarzem, sprzątaczką, czy fizykiem jądrowym, działałaby równie rzetelnie i uczciwie jak robi to, będąc aktorką i prowadząc społecznie fundację „Mimo Wszystko”.

***

Dla mnie Dymna nie jest żadną święta, aniołem czy matką boską, jak zwykło się ją określać w tonie pokracznych i ckliwych egzaltacji. Postrzegam ją wyłącznie jako niezwykle mądrego i konkretnego człowieka, który wie, co robi i dlaczego to robi.

***

W tej książce wszystko jest szczere. Nie ma tam żadnych nadęć ani kreacji, które często zdarzają się w tego rodzaju publikacjach. Przyznam, że niektórych pytań, które zadawałem Annie Dymnej, sam się bałem. Wyszedłem jednak z założenia, że skoro Dymna powiedziała „A”, to powinna powiedzieć „B”.

***

Często w głosie aktorki słyszałem oburzenie, nieraz nazywała mnie potworem. Nigdy jednak nie odmawiała odpowiedzi. A zarzuty, że jestem impertynencki wobec mojej rozmówczyni, uważam za całkowicie chybione. Przecież nawet podczas procesów beatyfikacyjnych czy kanonizacyjnych istnieje taka instytucja jak advocatus diaboli. Ot co, podczas rozmowy z Anną Dymną starałem się być adwokatem diabła.

Warto mimo wszystko, Anna Dymna, Wojciech Szczawiński, SIW Znak 2017

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

O identyczności przeciwieństw

Co łączy inicjatorki Czarnego Marszu z piewcami skrajnej prawicy albo radykalnymi zwolennikami Radia Maryja? Wszystko. Poza treścią ideologii.

W rzeczy samej psychologiczna natura Czarnego Marszu nie będzie różniła się w niczym od manifestacji, jakie urządzają sobie chłopaki z ONR. Problem w tym, że agresją, walką, okazywaniem pogardy, udowadnianiem na siłę własnych racji daje się tworzyć jedynie zwycięstwa pozorne. Dobitne przykłady tego wskazuje historia. Cóż pozostało na przykład z dumnie i wzniośle brzmiącego hasła Rewolucji Francuskiej „Wolność, Równość, Braterstwo”? Tylko jedno: dowód na to, że człowiek jest na tyle głupią istotą, iż nie czerpie wiedzy z przeszłych doświadczeń. I ciągle chce walczyć, dowodzić swoich praw. Robić to – rzecz jasna (bo jakże by inaczej?) – w imię wolności, równości i braterstwa. Czy założenia innych buntów społecznych były złe? Zawsze przecież kierowały się wzniosłymi humanitarnymi i humanistycznymi ideami. No i cóż? W swojej głupocie nieustannie pragniemy zmieniać świat zamiast zmieniać swoją świadomość.

Tam, gdzie człowiek (bądź grupa ludzi) udziela sobie własnej – jakiejkolwiek – kategorycznej odpowiedzi na pytanie, jak być powinno, tam zawsze, wcześniej bądź później, tworzą się manowce i cudze dramaty. Na każdej płaszczyźnie życia.

Opublikowano Uncategorized | 17 komentarzy

Marzyć trzeba mądrze

– Podkreśla Pani również, że, aby uczynić pięknym życie, należy marzyć. Takie zachęty to powszechny trend w obecnej kulturze. Żyjemy przecież w świecie, w którym, jak nigdy przedtem, eksponuje się wagę czerpania z życia radości, samorealizacji albo podążania za własnymi marzeniami. Zakrawa to wręcz na jakiś marketingowy chwyt. Często słyszy się też słowa Coelho: Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie. Pani również używa tego cytatu. Tymczasem, paradoksalnie, coraz więcej osób ma problemy psychiczne, żyje pogrążona we frustracji, depresja stała się już pandemią. Jak to więc jest z tymi naszymi marzeniami?

 – Marzyć należy mądrze. Trzeba umieć rozpoznawać własne pragnienia. Mamy dzisiaj dostęp do wszystkiego. Młodzi ludzie przeglądają na przykład internet. Widzą w nim zdjęcia popkulturowych postaci: kolorowych, uśmiechniętych, beztroskich. I bardzo pragną być tacy jak one. Albo dowiadują się, że ktoś robi duży szmal, prowadząc blog modowy czy kanał na YouTube. Też tak chcą. Tyle tylko, że to nie są ich marzenia, lecz chciwe pragnienie doskoczenia do kogoś i wtopienia się we współczesny, iluzoryczny blichtr. A realizowanie własnych marzeń nie polega na doskakiwaniu do kogoś. Należy najpierw odszukać w sobie to, co daje radość, w czym posiada się talent, a dopiero potem można marzyć i uczciwie, z entuzjazmem realizować własną pasję. Przecież gdybym w wieku dwudziestu lat, mając kłopoty ze stopami, marzyła o tym, żeby zostać najwybitniejsza tancerką świata, też pewnie tkwiłabym w szponach zgryzoty. Takie nonsensowne marzenia nie sprawiają, że nasze życie jest piękne. Co więcej – na własne życzenie zabijamy nimi w sobie odczuwanie niezwykłości tego świata.

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarze

Uwielbiam chłopaków z ONR-u

Otóż prawda: wielbię chłopaków z ONR-u. Zupełnie szczerze, całym swoim jestestwem i w skrytości ducha. Ubóstwiam też radykalnych islamistów oraz wszystkie pozostałe bezmyślne, ograniczone kreatury na tym świecie, które (nie wiadomo, dlaczego) chodzą jeszcze po tej Ziemi; te zakały ludzkości, jakie – w imię sprawiedliwości i najświętszych wartości – powinny zostać wyskrobane przed narodzinami, a które teraz, z ponurymi twarzami, demonstrują zacietrzewienie, okrucieństwo, egoizm, plugastwo, skrajną głupotę. Niby czuję do nich odrazę, lecz, w najgłębszych zakamarkach mojej duszy, ich obecności łaknę jak tlenu.

Jakże te kreatury są w istocie wspaniałe i jak wiele czynią dobrego! Przecież gdyby nie one, nie mógłbym się chełpić swoją szlachetnością, głębią mojego ducha, intelektu, empatią, miłosierdziem, otwartością na świat czy tolerancją wobec niego, moją życzliwością dla ludzi… Zatem bądźcie błogosławieni wszyscy ci, którzy – w moich oczach – reprezentujecie umysłową płyciznę i którzy sprawiacie, że mam poczucie górowania nad wami! Po stokroć bądźcie błogosławieni! To przecież dzięki wam jestem dumny z tego, co reprezentuję sobą. Nie jestem tak plugawy i ograniczony jak wy! Reprezentuję człowieczeństwo! I nieustannie rozwijam w sobie ludzką prawość. Zawsze też walczę o prawdę. Wszelkie moje poczynania cechuje uczciwość. Ot co, zmierzam ku doskonałości, podczas gdy wy, błądzący i nieludzcy, szczeźniecie niebawem w piekle. Mam prawo was potępiać, bo stoję ponad wami.

Oczywiście zawsze znajdzie się skurwysyn, który, pełnym ignorancji bełkotem, psuje dobre samopoczucie prawemu człowiekowi. Ale nie warto słuchać burzycieli, nie można dawać się zwodzić.

Wy, zbrodniarze na rozprawach w sądzie,
Wy, więźniowie w więziennych celach, skazani mordercy, skuci w kajdanach,
Któż ja jestem, że nie sądzą mnie i nie więżą?
Bezlitosny i diabelski jak wszyscy, czemuż nie jestem skuty, w kajdanach?
Wy, prostytutki, bezczelne na trotuarach albo sprośne w waszych pokojach,
Kimże jestem, że mam was nazywać sprośniejszymi ode mnie?
Wy, winni! Przyznaję się – odsłaniam się!
(Wielbiciele, nie chwalcie mnie, zaprzestańcie komplementów – bo muszę się krzywić, Widzę, czego nie widzicie, wiem, czego nie wiecie)
Prądy piekieł przepływają pod tą twarzą, która wydaje się tak spokojna.
Chucie i niegodziwości są w sam raz dla mnie,
Stowarzyszam się z przestępcami, kocham ich,
Czuję się jednym z nich – należę do tych więźniów i prostytutek,
I dlatego nie zaprę się ich – jak mógłbym zaprzeć się samego siebie?

Walt Whitman (przełożył Czesław Miłosz)

 

Opublikowano Uncategorized | 14 komentarzy

Zadyma lepsza od wojny

Lata temu, bodajże w 2001 r., pogadałem sobie o sporcie z prof. Leszkiem Kołakowskim. Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Drażni mnie jednak histeria kibiców, kreowanie i wzmacnianie tej egzaltacji przez media. Przecież owa histeria udowadnia w istocie, jak łatwo manipulować i zawładnąć naszymi umysłami, nawet poprzez skupianie się na zjawiskach – w istocie – absurdalnych, bez znaczenia dla losów ludzkości i pojedynczego człowieka. Faszyzm też wywoływał entuzjazm tłumu. Wtedy, w Niemczech, te same hormony waliły ludziom do mózgu co dzisiejszym śpiewakom: „Polska, biało-czerwoni!”. Niestety.

Zadyma lepsza od wojny

Czym właściwie jest sport? Czy tak, jak uważają niektórzy, mecze to tylko rozrywka dla mas, atrakcja rozbudzająca emocje jedynie w ludziach prostych, czy może sport kryje w sobie znaczenie społecznie znacznie głębsze? A czym są rekordy sportowe i jaka jest ich wyższość nad tymi, które umieszcza się w Księdze Guinessa? Z tymi pytaniami zwróciliśmy się do jednej z najwybitniejszych postaci w światowej filozofii, profesora uniwersytetu oxfordzkiego, Leszka Kołakowskiego.

– Sportem nie interesuję się prawie w ogóle – zastrzega profesor Kołakowski. – Z ochotą oglądam jednak pojedynki bokserskie, uważając tę dyscyplinę za bardzo szlachetną rywalizację. Dlaczego tak o niej myślę, tłumaczyć jednak nie będę.

– Jakie znaczenie ma sport w życiu społecznym? Wyobraża pan sobie świat bez niego?

– Trudno silić się na takie wyobrażenie, ponieważ rywalizacja sportowa towarzyszy człowiekowi niemal od zarania ludzkości. Trudno też wyobrazić sobie życie bez namiętności, jakich dostarcza sport. Niedawno Anglicy pokonali Australię na mistrzostwach świata w rugby. Proszę mi wierzyć, że było to autentyczne święto narodowe. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice Londynu, żeby święcić triumf angielskich rugbistów. Nie obeszło się rzecz jasna bez wizyty u królowej i innych honorów. Są to oczywiście namiętności, a nawet wrogości plemienne, które zawsze istniały i istnieć będą – zjawisko zupełnie naturalne.

Ich ciemną stroną są walki chuliganów na stadionach.

– Myślę, że w natłoku emocji, jakich dostarcza sport, uniknąć ich nie można. Można je zwalczać jedynie metodami policyjnymi. Chuligańskie ekscesy pomiędzy kibicami, nawet jeśli niosą z sobą ofiary, są jednak czymś lepszym od wojen. Interesujące jest to, że kiedy świętowano tutaj zwycięstwo w rugby, o którym wspomniałem, robiono to nie pod sztandarem brytyjskim, lecz pod flagą świętego Jerzego, która jest symbolem Anglii. To zaś oznacza, że w wielkich manifestacjach radości pominięto znaczenie zarówno Irlandii, Walii jak i Szkocji – zdobycie mistrzostwa świata potraktowano jako zwycięstwo plemienne jedynie Anglików.

– Czy sądzi pan, że gdyby nie namiętności sportowe, nasza agresja kanalizowałaby w bardziej okrutny sposób?

– Trudno udowodnić, że tak by się działo, ale pewnie tak jest.

– Niektórzy twierdzą, że sport to przede wszystkim pasja ludzi mało wykształconych, obca elitom intelektualnym…

– … z takim twierdzeniem absolutnie zgodzić się nie można. Jest ono z gruntu fałszywe. Tutaj w Anglii, ale nie tylko, na całym świecie także, sportem interesuje się i uprawia go arystokracja, warstwy społeczne, które uchodzą za najwyższe; studenci z najbardziej renomowanych uniwersytetów trenują różne dyscypliny i rywalizują w nich pomiędzy sobą. Sport zajmuje w ich życiu sporo miejsca.

– A może wyniki w sporcie wywołują szalone namiętności także dlatego, ponieważ pokazują, do jakiego wysiłku człowiek jest zdolny i ile potrafi osiągnąć?

– Temu twierdzeniu zaprzeczyć nie można. Każdy rekord, jeśli pobity uczciwie, pokazuje, że granica kresu ludzkich możliwości ciągle jest nieodkryta. Takich rekordów nie należy lekceważyć. Są też rekordy absurdalne, w które obfituje Księga Guinessa. Ich poważnie traktować nie należy, ponieważ ukazują bardziej ludzkie dziwactwa niż dążenie do odkrycia kresu fizycznych możliwości człowieka. Inna rzecz, że raczej wątpię, czy można wykorzenić nieuczciwość obecną w sporcie. Zawsze znajdą się tacy zawodnicy, którzy chcąc osiągnąć sukces, będą obchodzili rozmaite zakazy. Żyjemy w czasach, kiedy sportowa dzielność uległa żądzy sławy i pieniądza.

Czy przebywając w Oxfordzie słyszał pan o Adamie Małyszu?

Naturalnie. W fakcie, że zawodnik ten podnosi Polaków na duchu nie widzę nic złego i patologicznego. Nie dostrzegam też powodu, by pozbawiać Małysza ogólnonarodowego uznania, tym bardziej, że swoje sukcesy osiągnął dzięki ciężkiej pracy. Niech więc dalej pan Adam wzbija się wysoko, a my cieszmy się z jego rezultatów.

Wojciech Szczawiński

Prof. Leszek Kołakowski (ur. 1927 r.) jest uznawany za najwybitniejszego żyjącego polskiego filozofa. Był członkiem Polskiej Akademii Nauk. W roku 1968 został pozbawiony katedry na Uniwersytecie Warszawskim i udał się na emigrację. Od lat jest wykładowcą m. in. na Uniwersytecie w Oxfordzie. W swojej pracy naukowej zajmuje się głównie historią filozofii, idei religijnej, dylematami kultury europejskiej oraz problemami etycznymi i filozoficzno-politycznymi. Autor licznych książek i publikacji. W 1997 roku „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go „Królem Europy Środkowej”.

Źródło: „Sport” (ładnych parę lat temu)

 

Opublikowano Uncategorized | 3 komentarze

Bezpieczeństwo jako stan umysłu

Szanowni Państwo,

istnieje wiele oznak tego, że nie czujemy się bezpiecznie. Zagadnienie to dotyczy w równym stopniu kobiet, jak i mężczyzn. Nie mam tu na myśli faktu, iż odczuwamy dzisiaj zagrożenie ewentualnością ataków terrorystycznych albo ulicznych rozbojów czy gwałtów. Przede wszystkim nie czujemy się bezpiecznie sami z sobą. Dowodzi tego narastająca liczba samobójstw, pandemia poczucia osamotnienia, depresji, która dotyka coraz młodszych ludzi, i wydłużające się kolejki do psychologów oraz psychiatrów. Alkoholizm bądź odurzanie się środkami psychoaktywnymi stały się zjawiskami powszechnymi, również w środowiskach cieszących się społeczną estymą, nie wyłączając tak zwanych elit intelektualnych. Oto największy paradoks naszej rzeczywistości. Jak to możliwe? Przecież żyjemy w czasach, w których, jak nigdy dotąd, podkreśla się wartość życia, przyjaźni, miłości, samorealizacji i tym podobnych rzeczy. Z czego więc wynika ów absurdalny i brutalny dysonans pomiędzy naszymi wzniosłymi – zdawałoby się – pragnieniami, a tym jak funkcjonujemy naprawdę?

Hinduski mistyk i znakomity psychoterapeuta, Anthony de Mello, twierdził, że pozytywna formuła, która brzmi: „Ja jestem OK i ty też jesteś OK”, powinna zostać zastąpiona stwierdzeniem: Ja jestem głupi i ty też jesteś głupi. Uważam, że jest to właściwy trop. Nic w tym zresztą odkrywczego. Wszystkie osoby przebudzone, począwszy od Buddy, Jezusa, Sokratesa, a na Kapleau, Wilberze albo Krishnamutrim skończywszy, powtarzają nam to samo. Czasami wprost, innym razem za pomocą przypowieści i pojemnych metafor, wskazują na fakt, że trwamy w swoistym transie hipnotycznym i powinniśmy zakwestionować nasze postrzeganie rzeczywistości, przewartościować wszystko, co nosimy w głowach. Jakże znamienne jest to, że Wyrocznia Delficka dlatego uznała Sokratesa za najmędrszego z ludzi, ponieważ twierdził on: Wiem, że nic nie wiem. Tymczasem my o tylu rzeczach wiemy, o tylu sprawach jesteśmy z całą powagą przekonani. Bywa, że słowa różnych mędrców zachwycają nas i inspirują. W istocie jednak ich nie słuchamy. Wolimy przecież trwać uczepieni własnych prawd oraz wyobrażeń. I zdaje nam się, że właśnie dzięki temu jesteśmy sobą. Zresztą postulat bycia sobą to naczelne hasło popkulturowego bełkotu. Warto jednak pamiętać, jaka jest istota i funkcja popkultury. Wynika to z samego znaczenia tego terminu.

Żyjemy, szanowni państwo, pośród iluzji, że nasz brak poczucia bezpieczeństwa to wyłącznie skutek okoliczności zewnętrznych. Obawy, jakie budzą w nas obecnie uchodźcy, narastająca przestępczość, niestabilność rynku pracy, niepewność trwałości relacji międzyludzkich albo perspektywa tego, iż w każdej chwili może nas zacząć toczyć któraś ze śmiertelnych chorób – istnieje mnóstwo powodów, by żyć w nieustannym poczuciu zagrożenia. Gratuluję też dobrego samopoczucia wszystkim tym, którzy twierdzą, że chcą jedynie kochać i być kochanymi, mieć oddanych przyjaciół, móc realizować własne marzenia, no i rzecz jasna czuć się bezpiecznie. Polecam im do zapamiętania moje ulubione stwierdzenie Ludwika Wittgensteina. Brzmi ono: Najtrudniej powstrzymać się przed samooszustwem. Tak to już jest, szanowni państwo, że człowiek najlepiej oszukuje sam siebie. Oszukiwanie innych wychodzi mu znacznie gorzej. Oczywiście niewiele jest osób, które potrafią przyznać – przede wszystkim same przed sobą – że nurzają się w samozakłamaniu niczym w szampańskiej pianie. Zwykle twierdzimy, że kieruje nami pragnienie miłości, sprawiedliwości, dobrych obyczajów itd., itp., etc. A przede wszystkim domagamy się prawdy. Notabene w buddyzmie istnieje piękne powiedzenie: Szukasz prawdy? Po prostu odrzuć swoje poglądy.

Świadectwem odczuwania braku bezpieczeństwa jest także nasza coraz powszechniejsza predylekcja do narzekania, krytykanctwa, czarnowidztwa, a co gorsze – do podkręcania i pielęgnowania w sobie negatywnych emocji, którą to skłonność niektórzy – mylnie – oceniają jako swoją wrażliwość. Coraz częściej można spotkać też ludzi, którzy z owej destrukcyjnej siły, tkwiącej w ich umysłach, czynią cnotę. A jednym z największych deficytów współczesności jest to, że człowiek utracił zdolność do konfrontowania się z samym sobą, rozpoznawania w sobie ciągłej i nieraz niezwykle subtelnej tendencji do samooszukiwania się.

Nasz neurotyzm oraz narcyzm sprawiają, że nie patrzymy na siebie obiektywnie. Jesteśmy nastrojeni na wydawanie sobie cenzurek. Z takiego dumania zwykle wychodzi nam na to, że albo uchodzimy we własnych oczach za beznadziejnych, albo wspaniałych – zależy od czasu oraz okoliczności. Albo więc sami siebie potępiamy, albo gloryfikujemy. Tymczasem wartość twórczej, konstruktywnej autoanalizy nie ma nic wspólnego z katowaniem siebie wyrzutami sumienia, wyobrażeniami własnej marności czy popadaniem w samouwielbienie. Polega ona wyłącznie na tym, że zyskujemy głęboką świadomość tego, kim jesteśmy, jak ogromnie manipulujemy sami sobą – z jak wielkim nieraz wysiłkiem podkręcamy w sobie rozmaite iluzje oraz pseudoprawdy.

Kochaj i czyń, co chcesz – to słowa św. Augustyna. Prosta rzecz: jeśli kochasz siebie i wszystko, co wokół, to – cokolwiek byś robił, człowieku – żadnej krzywdy ani sobie, ani światu nie wyrządzisz. Żyjemy jednak w czasach, w których, jak pokazują badania, człowiek coraz bardziej pogrążą się w autodestrukcji – w głębi naszych jednostkowych umysłów stajemy się wrogami samych siebie. Zatem nie jesteśmy zdolni ani do miłości własnej, ani do kochania bliźnich. Uważam, że jest to o wiele groźniejsze zjawisko niż przestępczość zorganizowana i terroryzm razem wzięte.

Dlaczego dzieje się tak, że człowiek sam siebie wprawia w permanentny niepokój i sam z sobą bezpieczny się nie czuje? Wciąż aktualne są słowa Nietzschego, zawarte w książce „Z genealogii moralności”, które brzmią: Jesteśmy sobie nieznani, my poznający, my sobie samym: i nie bez powodu. Nigdy siebie nie szukaliśmy – jakże więc mielibyśmy siebie znaleźć?. Oto najprostsza odpowiedź na wszelkie nurtujące nas pytania. Również te dotyczące bezpieczeństwia w każdym jego aspekcie. Twierdzenie Nietzschego jest zresztą niejako powtórzeniem Sokratejskiego postulatu: Poznaj samego siebie. Poznaj samego siebie, a wtedy cały świat stanie przed tobą otworem. Pytanie tylko, czy rzeczywiście mamy ochotę poznawać samych siebie. Można odnieść wrażenie, że o wiele bardziej pociąga nas rozstrzyganie spraw dotyczących na przykład tego, czy „Bolek” naprawdę był „Bolkiem”, czy ojciec dyrektor z Torunia dostanie od obecnego rządu wielomilionowe dotacje albo czy jeden z naszych eksprezydentów rzeczywiście cierpi na chorobę alkoholową. Dajemy się uwodzić wielu społecznym zjawiskom, uważając, iż skupianie na nich uwagi jest objawem naturalnym, a nawet pożądanym. Nierzadko ekscytujemy się sprawami, które kompletnie nas nie dotyczą i na które wpływu nie mamy. Pomagają w nam tym media nachalnie epatujące wizjami zagrożenia, sensacji albo ckliwych wzruszeń. Jesteśmy, proszę państwa, zdezorientowanym stadem, jakim macherzy od socjotechniki, przeróżni pseudo-guru i pozostali mentorzy naszych czasów mogą dowolnie manipulować, bazując na naszych psychicznych deficytach i kreując w nas sztuczne potrzeby. Jeśli ktokolwiek z szanownych państwa poczuł się dotknięty epitetem „zdezorientowane stado”, zaznaczę, że nie ja jestem jego autorem. Określenia tego, w pierwszej połowie XX wieku, użył Walter Lippman, nestor amerykańskich dziennikarzy oraz czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu. Wcześniej identyczne założenia socjotechniczne tworzyli przedstawiciele elit rewolucyjnych w Rosji. Metody zniewalania jednostek wszędzie są takie same, niezależnie od kultury, zinstytucjonalizowanych systemów religijnych albo politycznych.

Jakże słuszne, w kontekście dzisiejszej konferencji, wydaje się spostrzeżenie Dalajlamy: Człowiek jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera tak naprawdę nie żyjąc. Z kolei Budda nauczał: Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli. Naszymi myślami tworzymy świat. Wbrew temu wskazaniu, nasze głowy zapełnione są normami, stereotypami, myśleniem życzeniowym oraz wyobrażeniowym na temat tego, jak rzeczywistość powinna wyglądać. W wielu ludziach te nabyte ze świata zewnętrznego iluzje zakorzenione są na tyle mocno, że uważają je za oczywiste i jak najbardziej własne – zupełnie tak, jakby byli w nie wyposażeni już z chwilą przyjścia na świat. Jest to zjawisko, które, odnosząc się do terminologii nowotestamentowej, określić można jako grzech śmiertelny, grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym, w Ewangelii wg Mateusza, Jezus powiada, że nie będzie wybaczony ani w tym życiu, ani w przyszłym. Badacze Pisma i mitografowie podkreślają, że ten „grzech śmiertelny” w istocie jest metaforą związaną z rzeczywistą konstrukcją psychiczną człowieka. Jeśli tkwimy uczepieni jakiegoś iluzorycznego przekonania, pielęgnujemy je, podsycamy w sobie emocje z nim związane, to wówczas nikt i nic nie jest w stanie nam pomóc: żadna religia, żadna terapia, wiedza i żadna, nawet najbardziej wzniosła, ideologia. Sami siebie skazujemy wtedy na piekło – nie w zaświatach, lecz tu, na Ziemi. Jeśli nie porzucimy nawykowego sposobu myślenia, stereotypów i nieustannie będziemy chcieli zmieniać świat, zamiast zmieniać samych siebie, nigdy nie poczujemy się bezpieczni. Pozostanie nam jedynie omawiać sprawy bezpieczeństwa, z podobnym zresztą skutkiem, z jakim robi to Rada Bezpieczeństwa ONZ.

W jednym z Kazań Mistrz Eckhart powiada: Dlatego zacznij od siebie samego i siebie się wyrzeknij. Bo jeśli nie uciekniesz najpierw od siebie samego, wtedy bądź pewny, że dokądkolwiek pobiegniesz, gdziekolwiek się znajdziesz, zawsze natrafisz na przeszkody i niepokój. Ludzie szukają pokoju w rzeczach zewnętrznych: w miejscach i sposobach, u innych i w działaniu albo też na obczyźnie, w ubóstwie lub poniżeniu – cokolwiek by to było i choćby wywierało na tobie najsilniejsze nawet wrażenie, wszystko to pozostanie nicością i nie przyniesie ci pokoju. Z kolei Joseph Campbell, w książkowym wywiadzie zatytułowanym „Potęga mitu”, mówi: Jesteśmy tak mocno zaangażowani w robienie różnych rzeczy, w realizowanie rozmaitych celów i wartości zewnętrznych, że zapominamy o tym, iż wszystko sprowadza się właściwie do wartości wewnętrznej – do zachwycania się związanego z samym faktem bycia żywym.

Dziękuję za uwagę.

Wojciech Szczawiński
Interdyscyplinarna Konferencja Naukowo-Dydaktyczna „Kobieta bezpieczna 5”
Uniwersytet Śląski, 7 III 2016 r., Katowice

Opublikowano Uncategorized | 16 komentarzy