Pilch i Małysz – dwaj wiślacy

Kiedy zatelefonowałem, by umówić się na rozmowę, usłyszałem: „Dla mojego kochanego „Sportu”? Naturalnie”. To było tuż po tym, kiedy Pilch dostał Nike za „Pod mocnym aniołem”. A w polskich skokach narciarskich panowała wtedy tzw. Małyszomania (zapewne poprzedniczka tzw. Stochomanii).

– W tym roku za książkę „Pod mocnym aniołem” otrzymał pan najbardziej prestiżową literacką nagrodę w Polsce, natomiast Adam Małysz zwyciężył w Pucharze Świata. Mieszkańców Wisły musi więc rozpierać duma, że obaj panowie pochodzicie z ich miasta. Uważam zresztą, iż pomiędzy pańskim życiem, a życiem Małysza istnieje pewna analogia. Obaj przechodziliście kryzys: pan – problemy nałogu, Adam Małysz – niepowodzenia sportowe, które pod koniec lat 90. doprowadziły go nawet do myśli, by sport porzucić.

– Moje życie było burzliwe, bankietowe i cyganeryjne. Jako człowiek trunkowy – w poprzednim wcieleniu – nie napisałem „po kielichu” ani linijki. Okresy pomyślne dla pracy jednak miałem, bo tych parę moich książek z niczego się przecież nie wzięło. Nie ma czegoś takiego jak flaszka do południa, a potem tworzenie przy maszynie do pisania z wynikiem trzydziestu stron w ciągu dnia. Tego typu wyobrażenia to czyste frajerstwo. Moje słabości eliminowały mnie z aktywności zawodowej, chociaż pracować zawsze lubiłem. Żeby jednak móc to robić, musiałem znajdować się w stanie zupełnej czystości, nawet nie na kacu. Uważałem i nadal uważam, że w literaturze i sztuce rzeczy wielkie można tworzyć jedynie z sumiennością księgowego.

– Sumienność to podstawa luteranizmu – wiary zarówno pańskiej, jak i Adama Małysza. Właśnie w nastawieniu luteran do pracy niektórzy dopatrują się istotnej przyczyny zwycięstw naszego skoczka. Literacka nagroda Nike udowodniła, że panu te reguły też obce nie są.

– Wychowałem się w bardzo ortodoksyjnej rodzinie luterskiej. Dwie naczelne, biorące się z luteranizmu, zasady rodzinne to

porządek w życiu i doskonałość w robocie

Owa doskonałość polega nie tylko na tym, że trzeba przykładać się do pisania książek albo sportowego treningu, lecz także do zajęć zupełnie prozaicznych, na przykład do zamiatania izby – wkładać w tę czynność całą solidność, na jaką człowieka stać. Małysz tę cechę musi mieć. Ja chyba także ją posiadam.

– Osobistym dramatem Adama Małysza jest to, iż zmuszony jest nieustannie mierzyć się z bezwzględnością ludzkich oczekiwań. Niektórzy uważają nawet, że jeśli Małysz na igrzyskach w Salt Lake City nie stanie na najwyższym podium, będzie to dla wielu Polaków niemal tragedia narodowa. Zgodzi się pan chyba, że taki sposób rozumowania to czysty idiotyzm?

– Jest to idiotyzm oczywisty. Za takie reakcje nie biorę jednak odpowiedzialności. Nie mam też w sobie potencji, żeby je likwidować. Prawdę powiedziawszy – trudno je nawet kwestionować. Polski sport ma rzadkie sukcesy. Jeśli więc wreszcie pojawił się zawodnik, który potrafi powtarzać swoje zwycięstwa na najwyższym światowym poziomie, to bezkarna euforia polskich kibiców staje się czymś naturalnym. Oczywiście taka sytuacja rodzi trudności nie tylko dla Małysza, ale także dla ludzi z jego otoczenia. Każdy zwycięzca i mistrz nabywa jednak mit, który musi dźwigać.

– Sądzi pan, że Małysz temu podoła?

– Jestem tego pewien.

– Wspólna wiara, to samo miasto rodzinne… Jak odbiera pan osobę najlepszego na świecie skoczka narciarskiego?

– Małysz jest dla mnie w sporcie tematem pierwszoplanowym, podobnie jak dla wszystkich kibiców w Polsce, jak również tych ludzi, którzy sportem interesują się umiarkowanie. Siła jego fenomenu polega na powtarzalności. Pomimo że przed kilkoma laty niektórzy twierdzili, że z tego zawodnika nic już nie będzie, wszedł on w kategorię, która w polskim sporcie nie ma analogii. Niezwykle rzadko zdarza się przecież, by zawodnik w każdym turnieju, w którym bierze udział, odnosił sukces. Z tego wynika nasz sceptycyzm, a jednocześnie podziw dla Małysza. Przywykliśmy do zmarnowanych talentów albo jednorazowych bohaterów w typie Wojciecha Fortuny. Znamy też dziesiątki przypadków, kiedy ktoś dobrze zapowiadający się nie potrafi sprostać wyzwaniom:

rozpija się, małżeństwo mu szkodzi

albo woda sodowa odpierdala mu do głowy. Powody ludzkich klęsk bywają banalne i jest ich tysiące, mało jest natomiast tych, dzięki którym talent można kształtować i przekładać go na konkretne wyniki. Podświadomie uważamy więc, że takie, niemal maszynowe, pasmo zwycięstw jest niemożliwe. Jednak w Małyszu zawiera się coś więcej niż mechaniczna sprawność. Ten facet lubi po prostu skakać, jest ponad tym wszystkim. Sądzę, że kiedy wybije się z progu skoczni, to chce być w powietrzu jak najdłużej. Co on tam czuje i co myśli jest dla mnie niewyobrażalne. Na nartach nie jeżdżę, a mój lęk przestrzeni graniczy z pomieszaniem zmysłów.

– Gra pan jednak w piłkę nożną.

– Piłka odegrała w moim życiu niezwykle znaczącą rolę. Dzieckiem byłem chorowitym, zezowatym i miałem skłonność do leworęczności. W wieku siedmiu czy ośmiu lat nosiłem już okulary, co w wiślańskiej społeczności, pod koniec lat 50. powodowało, że znajdowałem się niemal poza marginesem ludzkości. Byłem też absolutną fujarą i outsiderem sportowym. Ale stary kupił mi kiedyś prawdziwą piłkę nożną, słynną żółtą, węgierską futbolówkę, nie wiązaną, lecz pompowaną „na igłę”. Jako jedyny chłopak w okolicy byłem posiadaczem takiej piłki, w związku z tym, jeśli moi o wiele sprawniejsi koledzy chcieli tą piłką zagrać, musieli robić to ze mną. Innego wyjścia nie mieli. W ciągu dwóch, trzech lat, dzięki nieustannym treningom, zacząłem w piłkę grać dobrze, do tego stopnia, że zająłem pozycję w ataku. Tamto doświadczenie nauczyło mnie, że dzięki wytrwałej pracy można osiągnąć w życiu sporo – z kompletnej fujary klasowej i outsidera stać się jednym z najlepszych futbolistów w klasie. Przechodząc przez różne szkolne drużyny zawsze byłem jednym z najlepszych piłkarzy.

– Kiedy rozegra pan najbliższy mecz?

– Prawdopodobnie tuż przed świętami. Prowadzimy rozgrywki wewnątrz redakcji „Polityki”. Od zeszłego roku grywamy też w Nowy Rok, podobnie jak Cracovia ma swój słynny noworoczny trening. Pierwsza bramka w nowym roku zawsze strzelona jest przez zawodnika Cracovii. Pokazują to nawet w głównych telewizyjnych wiadomościach.

– Wróćmy do tematu alkoholizmu tak wnikliwie opisanego przez pana w książce „Pod mocnym aniołem”. Polacy „za kołnierz nie wylewają”. To powszechnie wiadomo, a z przeróżnych trunków korzysta się także w świecie sportowym. Przykład piłkarza Moussa Yahayi, którego odwieziono nawet do izby wytrzeźwień, wywołał powszechny w społeczeństwie niesmak, dowiódł po raz kolejny, że sportowcy pili, piją i pić będą nadal.

– Yahaya miał pecha, ponieważ dał się złapać. Piją przecież wszyscy, a – jak napisał pewien klasyk – nawet ci, którzy nie piją, nie robią tego tylko dlatego, bo nie wiedzą, że mają ochotę się napić. Sportowcy są taką grupą w społeczeństwie, którą lepiej widać. Z tego względu, jeśli któryś się upije i da się złapać, to od razu

przeprowadza się bezpośrednią transmisję z izby wytrzeźwień

A nie jest przecież tak, że zawodnicy piją więcej niż krawcy. Oni piją tyle samo co krawcy, policjanci i dziennikarze. Robią to, bo chcą doznać rozluźnienia, rozweselenia i zyskać większą śmiałość wobec panienek, czyli z tych powodów, dla których piją wszyscy ludzie. Nie ma sensu zbytnio histeryzować.

– A jak traktuje pan coraz częstsze głosy, które mówią o tym, że współczesny sport stał się wynaturzeniem, natomiast ideały w nim zawarte dawno odeszły w zapomnienie?

– Jestem dosyć sceptyczny wobec tej rzekomej grozy wiejącej od sportowej obyczajowości. Wbrew temu co się dzisiaj mówi wizytę na stadionie niekoniecznie trzeba przepłacić życiem. Wybierając sobie spokojne miejsce da się mecz obserwować. Nikt nie każe mi przecież siadać w sektorze szalikowców. Inna rzecz, że nie można pozostawać ślepym na zmianę obyczajowości. Kiedy przed laty chodziłem w Krakowie na pierwszą ligę absolutnym kresem ekspresji negatywnej były słowa: „Sędzia kalosz!”. Było to tak plugawe wyrażenie, że starsi kibice napominali młodszych, że w ten sposób krzyczeć nie można. Trzeba jednak pamiętać, że w latach 60. kibic czterdziestoletni pamiętał jeszcze wojnę, czyli czas, w którym przeżywał silne emocje wynikające z zaistniałej wtedy sytuacji. Dzisiaj natomiast emocji wojennych nikt już nie przeżywa, a wielu młodym ludziom ten świat wydaje się nudny i zatrważająco spokojny. Tymczasem podczas meczu mogą wykrzyczeć co tylko chcą i spuścić sobie wpierdol niemal legalny, ponieważ nie idą na mecz, tylko na bitwę. Sami zresztą tak to określają. Jest to cena, którą płacimy za wolność.

– Nie razi pana sportowe przekupstwo i niedozwolony doping? Są tacy, którzy twierdzą, że to, co dzisiaj zwie się sportem, to nic innego jak teatr, kolosalne oszustwo preparowane dla tłumu.

– Oczywiście, że sport to kłamstwo, ale sprawa prosta nie jest, bo zadaniem sportowego widowiska jest wzbudzenie u kibica silnych emocji. Mafijność życia powoduje, że następują

oszukańcze sposoby napędzania zwycięstw

Nie musi to mieć jednak wpływu na poziom moich emocji. Jeśli siedzę na trybunie i wiem, że obie drużyny zostały przekupione, to moją ciekawość budzi fakt, kto dał więcej, a tę informację przynosi dopiero końcowy gwizdek sędziego. Podobnie może się dziać na stadionie lekkoatletycznym: jeżeli startuje sześciu sprinterów i każdy z nich ma taką samą szansę nakoksować się i wygrać, to ten, który nakoksował się najlepiej, a przy tym nie dał się złapać, jest w jakimś sensie najlepszy. Posiada przy tym urok gangstera, który wszystkich zrobił w chuja. Nie ma takiej możliwości, żeby marny zawodnik dzięki „koksowi” zrobił jakiś znaczący wynik. Z „koksem” czy bez niego, zawsze zwycięża absolutna czołówka. Lubię piłkarzy-bandytów w stylu Bońka, którzy grają „po kościach”. Nie twierdzę, że zalecam ten etos. Mówię tylko, że mam do niego słabość, podobnie zresztą jak miliony ludzi na tym świecie. W sporcie interesuje mnie, kto wygra, a bandytyzm jest składnikiem każdej dyscypliny. Nawet szachów. W słynnym meczu Sspaski-Fischer Fischer zwyciężył dlatego, że wykończył Sspaskiego psychicznie, pozasportowymi metodami. Działał – jak to mówił Lech Wałęsa – na granicy prawa. I o to przecież w sporcie chodzi. Daleki jestem także od tego, by sport obciążać ideologicznie albo posłanniczo. On ma zaspokajać mój głód sportowy, a nie egzystencjalny.

– Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, usłyszałem, że dziennik „Sport” był gazetą pańskiej młodości; że przed laty stanowił dla pana istotne źródło informacji o świecie. Czy można zatem powiedzieć, iż literacko-dziennikarski warsztat Jerzego Pilcha ukształtował się również na „Sporcie”?

– Naturalnie. Powiem więcej – ta gazeta miała fundamentalny wpływ na moją egzystencję. Klasycy twierdzą, że wszystko to, co najważniejsze dla pisarza, zdarza się do dziesiątego roku jego życia, w najgłębszym dzieciństwie; w moim przypadku wtedy, gdy mieszkałem w Wiśle. Wyzbywszy się analfabetyzmu, czytywałem „Sport” bardzo uważnie, był on jedyną gazetą, która stanowiła

elementarny składnik mojej chłopięcej edukacji

W każdy poniedziałkowy ranek biegłem do kiosku, by kupić „Sport” i dowiedzieć się, jak wyglądają piłkarskie wyniki, a przede wszystkim, ile bramek strzeliła Cracovia, której już wtedy kibicowałem. W późniejszym okresie mojego życia, kiedy przeniosłem się z Wisły do Krakowa, kioskarz Kaziu na Placu na Stawach także odkładał dla mnie tę gazetę. Zresztą do dzisiaj posiadam bardzo starannie zarchiwizowane wycinki ze „Sportu”, a zaglądając do nich, szczycę się moją fenomenalną pamięcią piłkarską. Pamiętam na przykład, kto w roku 1966, w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata Brazylia-Bułgaria, strzelił pierwszą bramkę i w której to zrobił minucie. Pan wie?

– Niestety, w tamtym czasie nie było mnie jeszcze na świecie.

– Pierwszego gola strzelił Pele, w czternastej. Drugiego – Garincha, mniej więcej piętnaście minut po przerwie. Fakty te pamiętam właśnie dzięki gazecie „Sport”. Są to bardzo istotne punkty orientacyjne, które dają mi zanurzenie w pewną rzeczywistość – w rzeczywistość tych dawnych, zapomnianych już widowisk piłkarskich.

– Dziękuję za rozmowę.

                                                      WOJCIECH SZCZAWIŃSKI („Sport”, 2000 r.)

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Ja wiem

Tak, ja wiem. Mam pełną świadomość tej wiedzy. Wiem, czym jest prawda, piękno i sprawiedliwość. I wiem też, na czym polega równość społeczna. On natomiast tego nie wie, jest uwsteczniony, ciemny. Dlatego muszę z nim walczyć. Przecież nie walczę o siebie, lecz o prawdę piękno, sprawiedliwość i równość – o to, by mój oraz jego świat miał formę godną ludzkości.

Najpierw spoglądam na niego z żartobliwym współczuciem, następnie z odrazą. Potem, z dnia na dzień, z pogłębiająca się nieustępliwością, przestają mnie drażnić tylko przekonania, które głosi. Zaczyna irytować mnie sam jego widok: wyraz twarzy, sposób poruszania, gestykulacji i mówienia. Ba, nawet jego sposób ubierania się. Kpię z niego, wyszydzam go. Co za podły tępak!

W istocie – chociaż nie mówię tego głośno – pragnę zanegować całą jego istotę, pozbawić go człowieczeństwa. Tak oto moja szlachetna walka o prawdę, dobro albo sprawiedliwość zamienia się w absurdalną nienawiść do bliźniego.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

O identyczności przeciwieństw

Co łączy inicjatorki Czarnego Marszu z piewcami skrajnej prawicy albo radykalnymi zwolennikami Radia Maryja? Wszystko. Poza treścią ideologii.

W rzeczy samej psychologiczna natura Czarnego Marszu nie będzie różniła się w niczym od manifestacji, jakie urządzają sobie chłopaki z ONR. Problem w tym, że agresją, walką, okazywaniem pogardy, udowadnianiem na siłę własnych racji daje się tworzyć jedynie zwycięstwa pozorne. Dobitne przykłady tego wskazuje historia. Cóż pozostało na przykład z dumnie i wzniośle brzmiącego hasła Rewolucji Francuskiej „Wolność, Równość, Braterstwo”? Tylko jedno: dowód na to, że człowiek jest na tyle głupią istotą, iż nie czerpie wiedzy z przeszłych doświadczeń. I ciągle chce walczyć, dowodzić swoich praw. Robić to – rzecz jasna (bo jakże by inaczej?) – w imię wolności, równości i braterstwa. Czy założenia innych buntów społecznych były złe? Zawsze przecież kierowały się wzniosłymi humanitarnymi i humanistycznymi ideami. No i cóż? W swojej głupocie nieustannie pragniemy zmieniać świat zamiast zmieniać swoją świadomość.

Tam, gdzie człowiek (bądź grupa ludzi) udziela sobie własnej – jakiejkolwiek – kategorycznej odpowiedzi na pytanie, jak być powinno, tam zawsze, wcześniej bądź później, tworzą się manowce i cudze dramaty. Na każdej płaszczyźnie życia.

Opublikowano Uncategorized | 17 Komentarzy

Zadyma lepsza od wojny

Lata temu, bodajże w 2001 r., pogadałem sobie o sporcie z prof. Leszkiem Kołakowskim. Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Drażni mnie jednak histeria kibiców, kreowanie i wzmacnianie tej egzaltacji przez media. Przecież owa histeria udowadnia w istocie, jak łatwo manipulować i zawładnąć naszymi umysłami, nawet poprzez skupianie się na zjawiskach – w istocie – absurdalnych, bez znaczenia dla losów ludzkości i pojedynczego człowieka. Faszyzm też wywoływał entuzjazm tłumu. Wtedy, w Niemczech, te same hormony waliły ludziom do mózgu co dzisiejszym śpiewakom: „Polska, biało-czerwoni!”. Niestety.

Zadyma lepsza od wojny

Czym właściwie jest sport? Czy tak, jak uważają niektórzy, mecze to tylko rozrywka dla mas, atrakcja rozbudzająca emocje jedynie w ludziach prostych, czy może sport kryje w sobie znaczenie społecznie znacznie głębsze? A czym są rekordy sportowe i jaka jest ich wyższość nad tymi, które umieszcza się w Księdze Guinessa? Z tymi pytaniami zwróciliśmy się do jednej z najwybitniejszych postaci w światowej filozofii, profesora uniwersytetu oxfordzkiego, Leszka Kołakowskiego.

– Sportem nie interesuję się prawie w ogóle – zastrzega profesor Kołakowski. – Z ochotą oglądam jednak pojedynki bokserskie, uważając tę dyscyplinę za bardzo szlachetną rywalizację. Dlaczego tak o niej myślę, tłumaczyć jednak nie będę.

– Jakie znaczenie ma sport w życiu społecznym? Wyobraża pan sobie świat bez niego?

– Trudno silić się na takie wyobrażenie, ponieważ rywalizacja sportowa towarzyszy człowiekowi niemal od zarania ludzkości. Trudno też wyobrazić sobie życie bez namiętności, jakich dostarcza sport. Niedawno Anglicy pokonali Australię na mistrzostwach świata w rugby. Proszę mi wierzyć, że było to autentyczne święto narodowe. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice Londynu, żeby święcić triumf angielskich rugbistów. Nie obeszło się rzecz jasna bez wizyty u królowej i innych honorów. Są to oczywiście namiętności, a nawet wrogości plemienne, które zawsze istniały i istnieć będą – zjawisko zupełnie naturalne.

Ich ciemną stroną są walki chuliganów na stadionach.

– Myślę, że w natłoku emocji, jakich dostarcza sport, uniknąć ich nie można. Można je zwalczać jedynie metodami policyjnymi. Chuligańskie ekscesy pomiędzy kibicami, nawet jeśli niosą z sobą ofiary, są jednak czymś lepszym od wojen. Interesujące jest to, że kiedy świętowano tutaj zwycięstwo w rugby, o którym wspomniałem, robiono to nie pod sztandarem brytyjskim, lecz pod flagą świętego Jerzego, która jest symbolem Anglii. To zaś oznacza, że w wielkich manifestacjach radości pominięto znaczenie zarówno Irlandii, Walii jak i Szkocji – zdobycie mistrzostwa świata potraktowano jako zwycięstwo plemienne jedynie Anglików.

– Czy sądzi pan, że gdyby nie namiętności sportowe, nasza agresja kanalizowałaby w bardziej okrutny sposób?

– Trudno udowodnić, że tak by się działo, ale pewnie tak jest.

– Niektórzy twierdzą, że sport to przede wszystkim pasja ludzi mało wykształconych, obca elitom intelektualnym…

– … z takim twierdzeniem absolutnie zgodzić się nie można. Jest ono z gruntu fałszywe. Tutaj w Anglii, ale nie tylko, na całym świecie także, sportem interesuje się i uprawia go arystokracja, warstwy społeczne, które uchodzą za najwyższe; studenci z najbardziej renomowanych uniwersytetów trenują różne dyscypliny i rywalizują w nich pomiędzy sobą. Sport zajmuje w ich życiu sporo miejsca.

– A może wyniki w sporcie wywołują szalone namiętności także dlatego, ponieważ pokazują, do jakiego wysiłku człowiek jest zdolny i ile potrafi osiągnąć?

– Temu twierdzeniu zaprzeczyć nie można. Każdy rekord, jeśli pobity uczciwie, pokazuje, że granica kresu ludzkich możliwości ciągle jest nieodkryta. Takich rekordów nie należy lekceważyć. Są też rekordy absurdalne, w które obfituje Księga Guinessa. Ich poważnie traktować nie należy, ponieważ ukazują bardziej ludzkie dziwactwa niż dążenie do odkrycia kresu fizycznych możliwości człowieka. Inna rzecz, że raczej wątpię, czy można wykorzenić nieuczciwość obecną w sporcie. Zawsze znajdą się tacy zawodnicy, którzy chcąc osiągnąć sukces, będą obchodzili rozmaite zakazy. Żyjemy w czasach, kiedy sportowa dzielność uległa żądzy sławy i pieniądza.

Czy przebywając w Oxfordzie słyszał pan o Adamie Małyszu?

Naturalnie. W fakcie, że zawodnik ten podnosi Polaków na duchu nie widzę nic złego i patologicznego. Nie dostrzegam też powodu, by pozbawiać Małysza ogólnonarodowego uznania, tym bardziej, że swoje sukcesy osiągnął dzięki ciężkiej pracy. Niech więc dalej pan Adam wzbija się wysoko, a my cieszmy się z jego rezultatów.

Wojciech Szczawiński

Prof. Leszek Kołakowski (ur. 1927 r.) jest uznawany za najwybitniejszego żyjącego polskiego filozofa. Był członkiem Polskiej Akademii Nauk. W roku 1968 został pozbawiony katedry na Uniwersytecie Warszawskim i udał się na emigrację. Od lat jest wykładowcą m. in. na Uniwersytecie w Oxfordzie. W swojej pracy naukowej zajmuje się głównie historią filozofii, idei religijnej, dylematami kultury europejskiej oraz problemami etycznymi i filozoficzno-politycznymi. Autor licznych książek i publikacji. W 1997 roku „Gazeta Wyborcza” ogłosiła go „Królem Europy Środkowej”.

Źródło: „Sport” (ładnych parę lat temu)

 

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Bezpieczeństwo jako stan umysłu

Szanowni Państwo,

istnieje wiele oznak tego, że nie czujemy się bezpiecznie. Zagadnienie to dotyczy w równym stopniu kobiet, jak i mężczyzn. Nie mam tu na myśli faktu, iż odczuwamy dzisiaj zagrożenie ewentualnością ataków terrorystycznych albo ulicznych rozbojów czy gwałtów. Przede wszystkim nie czujemy się bezpiecznie sami z sobą. Dowodzi tego narastająca liczba samobójstw, pandemia poczucia osamotnienia, depresji, która dotyka coraz młodszych ludzi, i wydłużające się kolejki do psychologów oraz psychiatrów. Alkoholizm bądź odurzanie się środkami psychoaktywnymi stały się zjawiskami powszechnymi, również w środowiskach cieszących się społeczną estymą, nie wyłączając tak zwanych elit intelektualnych. Oto największy paradoks naszej rzeczywistości. Jak to możliwe? Przecież żyjemy w czasach, w których, jak nigdy dotąd, podkreśla się wartość życia, przyjaźni, miłości, samorealizacji i tym podobnych rzeczy. Z czego więc wynika ów absurdalny i brutalny dysonans pomiędzy naszymi wzniosłymi – zdawałoby się – pragnieniami, a tym jak funkcjonujemy naprawdę?

Hinduski mistyk i znakomity psychoterapeuta, Anthony de Mello, twierdził, że pozytywna formuła, która brzmi: „Ja jestem OK i ty też jesteś OK”, powinna zostać zastąpiona stwierdzeniem: Ja jestem głupi i ty też jesteś głupi. Uważam, że jest to właściwy trop. Nic w tym zresztą odkrywczego. Wszystkie osoby przebudzone, począwszy od Buddy, Jezusa, Sokratesa, a na Kapleau, Wilberze albo Krishnamutrim skończywszy, powtarzają nam to samo. Czasami wprost, innym razem za pomocą przypowieści i pojemnych metafor, wskazują na fakt, że trwamy w swoistym transie hipnotycznym i powinniśmy zakwestionować nasze postrzeganie rzeczywistości, przewartościować wszystko, co nosimy w głowach. Jakże znamienne jest to, że Wyrocznia Delficka dlatego uznała Sokratesa za najmędrszego z ludzi, ponieważ twierdził on: Wiem, że nic nie wiem. Tymczasem my o tylu rzeczach wiemy, o tylu sprawach jesteśmy z całą powagą przekonani. Bywa, że słowa różnych mędrców zachwycają nas i inspirują. W istocie jednak ich nie słuchamy. Wolimy przecież trwać uczepieni własnych prawd oraz wyobrażeń. I zdaje nam się, że właśnie dzięki temu jesteśmy sobą. Zresztą postulat bycia sobą to naczelne hasło popkulturowego bełkotu. Warto jednak pamiętać, jaka jest istota i funkcja popkultury. Wynika to z samego znaczenia tego terminu.

Żyjemy, szanowni państwo, pośród iluzji, że nasz brak poczucia bezpieczeństwa to wyłącznie skutek okoliczności zewnętrznych. Obawy, jakie budzą w nas obecnie uchodźcy, narastająca przestępczość, niestabilność rynku pracy, niepewność trwałości relacji międzyludzkich albo perspektywa tego, iż w każdej chwili może nas zacząć toczyć któraś ze śmiertelnych chorób – istnieje mnóstwo powodów, by żyć w nieustannym poczuciu zagrożenia. Gratuluję też dobrego samopoczucia wszystkim tym, którzy twierdzą, że chcą jedynie kochać i być kochanymi, mieć oddanych przyjaciół, móc realizować własne marzenia, no i rzecz jasna czuć się bezpiecznie. Polecam im do zapamiętania moje ulubione stwierdzenie Ludwika Wittgensteina. Brzmi ono: Najtrudniej powstrzymać się przed samooszustwem. Tak to już jest, szanowni państwo, że człowiek najlepiej oszukuje sam siebie. Oszukiwanie innych wychodzi mu znacznie gorzej. Oczywiście niewiele jest osób, które potrafią przyznać – przede wszystkim same przed sobą – że nurzają się w samozakłamaniu niczym w szampańskiej pianie. Zwykle twierdzimy, że kieruje nami pragnienie miłości, sprawiedliwości, dobrych obyczajów itd., itp., etc. A przede wszystkim domagamy się prawdy. Notabene w buddyzmie istnieje piękne powiedzenie: Szukasz prawdy? Po prostu odrzuć swoje poglądy.

Świadectwem odczuwania braku bezpieczeństwa jest także nasza coraz powszechniejsza predylekcja do narzekania, krytykanctwa, czarnowidztwa, a co gorsze – do podkręcania i pielęgnowania w sobie negatywnych emocji, którą to skłonność niektórzy – mylnie – oceniają jako swoją wrażliwość. Coraz częściej można spotkać też ludzi, którzy z owej destrukcyjnej siły, tkwiącej w ich umysłach, czynią cnotę. A jednym z największych deficytów współczesności jest to, że człowiek utracił zdolność do konfrontowania się z samym sobą, rozpoznawania w sobie ciągłej i nieraz niezwykle subtelnej tendencji do samooszukiwania się.

Nasz neurotyzm oraz narcyzm sprawiają, że nie patrzymy na siebie obiektywnie. Jesteśmy nastrojeni na wydawanie sobie cenzurek. Z takiego dumania zwykle wychodzi nam na to, że albo uchodzimy we własnych oczach za beznadziejnych, albo wspaniałych – zależy od czasu oraz okoliczności. Albo więc sami siebie potępiamy, albo gloryfikujemy. Tymczasem wartość twórczej, konstruktywnej autoanalizy nie ma nic wspólnego z katowaniem siebie wyrzutami sumienia, wyobrażeniami własnej marności czy popadaniem w samouwielbienie. Polega ona wyłącznie na tym, że zyskujemy głęboką świadomość tego, kim jesteśmy, jak ogromnie manipulujemy sami sobą – z jak wielkim nieraz wysiłkiem podkręcamy w sobie rozmaite iluzje oraz pseudoprawdy.

Kochaj i czyń, co chcesz – to słowa św. Augustyna. Prosta rzecz: jeśli kochasz siebie i wszystko, co wokół, to – cokolwiek byś robił, człowieku – żadnej krzywdy ani sobie, ani światu nie wyrządzisz. Żyjemy jednak w czasach, w których, jak pokazują badania, człowiek coraz bardziej pogrążą się w autodestrukcji – w głębi naszych jednostkowych umysłów stajemy się wrogami samych siebie. Zatem nie jesteśmy zdolni ani do miłości własnej, ani do kochania bliźnich. Uważam, że jest to o wiele groźniejsze zjawisko niż przestępczość zorganizowana i terroryzm razem wzięte.

Dlaczego dzieje się tak, że człowiek sam siebie wprawia w permanentny niepokój i sam z sobą bezpieczny się nie czuje? Wciąż aktualne są słowa Nietzschego, zawarte w książce „Z genealogii moralności”, które brzmią: Jesteśmy sobie nieznani, my poznający, my sobie samym: i nie bez powodu. Nigdy siebie nie szukaliśmy – jakże więc mielibyśmy siebie znaleźć?. Oto najprostsza odpowiedź na wszelkie nurtujące nas pytania. Również te dotyczące bezpieczeństwia w każdym jego aspekcie. Twierdzenie Nietzschego jest zresztą niejako powtórzeniem Sokratejskiego postulatu: Poznaj samego siebie. Poznaj samego siebie, a wtedy cały świat stanie przed tobą otworem. Pytanie tylko, czy rzeczywiście mamy ochotę poznawać samych siebie. Można odnieść wrażenie, że o wiele bardziej pociąga nas rozstrzyganie spraw dotyczących na przykład tego, czy „Bolek” naprawdę był „Bolkiem”, czy ojciec dyrektor z Torunia dostanie od obecnego rządu wielomilionowe dotacje albo czy jeden z naszych eksprezydentów rzeczywiście cierpi na chorobę alkoholową. Dajemy się uwodzić wielu społecznym zjawiskom, uważając, iż skupianie na nich uwagi jest objawem naturalnym, a nawet pożądanym. Nierzadko ekscytujemy się sprawami, które kompletnie nas nie dotyczą i na które wpływu nie mamy. Pomagają w nam tym media nachalnie epatujące wizjami zagrożenia, sensacji albo ckliwych wzruszeń. Jesteśmy, proszę państwa, zdezorientowanym stadem, jakim macherzy od socjotechniki, przeróżni pseudo-guru i pozostali mentorzy naszych czasów mogą dowolnie manipulować, bazując na naszych psychicznych deficytach i kreując w nas sztuczne potrzeby. Jeśli ktokolwiek z szanownych państwa poczuł się dotknięty epitetem „zdezorientowane stado”, zaznaczę, że nie ja jestem jego autorem. Określenia tego, w pierwszej połowie XX wieku, użył Walter Lippman, nestor amerykańskich dziennikarzy oraz czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu. Wcześniej identyczne założenia socjotechniczne tworzyli przedstawiciele elit rewolucyjnych w Rosji. Metody zniewalania jednostek wszędzie są takie same, niezależnie od kultury, zinstytucjonalizowanych systemów religijnych albo politycznych.

Jakże słuszne, w kontekście dzisiejszej konferencji, wydaje się spostrzeżenie Dalajlamy: Człowiek jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości. Żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera tak naprawdę nie żyjąc. Z kolei Budda nauczał: Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli. Naszymi myślami tworzymy świat. Wbrew temu wskazaniu, nasze głowy zapełnione są normami, stereotypami, myśleniem życzeniowym oraz wyobrażeniowym na temat tego, jak rzeczywistość powinna wyglądać. W wielu ludziach te nabyte ze świata zewnętrznego iluzje zakorzenione są na tyle mocno, że uważają je za oczywiste i jak najbardziej własne – zupełnie tak, jakby byli w nie wyposażeni już z chwilą przyjścia na świat. Jest to zjawisko, które, odnosząc się do terminologii nowotestamentowej, określić można jako grzech śmiertelny, grzech przeciwko Duchowi Świętemu, o którym, w Ewangelii wg Mateusza, Jezus powiada, że nie będzie wybaczony ani w tym życiu, ani w przyszłym. Badacze Pisma i mitografowie podkreślają, że ten „grzech śmiertelny” w istocie jest metaforą związaną z rzeczywistą konstrukcją psychiczną człowieka. Jeśli tkwimy uczepieni jakiegoś iluzorycznego przekonania, pielęgnujemy je, podsycamy w sobie emocje z nim związane, to wówczas nikt i nic nie jest w stanie nam pomóc: żadna religia, żadna terapia, wiedza i żadna, nawet najbardziej wzniosła, ideologia. Sami siebie skazujemy wtedy na piekło – nie w zaświatach, lecz tu, na Ziemi. Jeśli nie porzucimy nawykowego sposobu myślenia, stereotypów i nieustannie będziemy chcieli zmieniać świat, zamiast zmieniać samych siebie, nigdy nie poczujemy się bezpieczni. Pozostanie nam jedynie omawiać sprawy bezpieczeństwa, z podobnym zresztą skutkiem, z jakim robi to Rada Bezpieczeństwa ONZ.

W jednym z Kazań Mistrz Eckhart powiada: Dlatego zacznij od siebie samego i siebie się wyrzeknij. Bo jeśli nie uciekniesz najpierw od siebie samego, wtedy bądź pewny, że dokądkolwiek pobiegniesz, gdziekolwiek się znajdziesz, zawsze natrafisz na przeszkody i niepokój. Ludzie szukają pokoju w rzeczach zewnętrznych: w miejscach i sposobach, u innych i w działaniu albo też na obczyźnie, w ubóstwie lub poniżeniu – cokolwiek by to było i choćby wywierało na tobie najsilniejsze nawet wrażenie, wszystko to pozostanie nicością i nie przyniesie ci pokoju. Z kolei Joseph Campbell, w książkowym wywiadzie zatytułowanym „Potęga mitu”, mówi: Jesteśmy tak mocno zaangażowani w robienie różnych rzeczy, w realizowanie rozmaitych celów i wartości zewnętrznych, że zapominamy o tym, iż wszystko sprowadza się właściwie do wartości wewnętrznej – do zachwycania się związanego z samym faktem bycia żywym.

Dziękuję za uwagę.

Wojciech Szczawiński
Interdyscyplinarna Konferencja Naukowo-Dydaktyczna „Kobieta bezpieczna 5”
Uniwersytet Śląski, 7 III 2016 r., Katowice

Opublikowano Uncategorized | 16 Komentarzy

Dobro wraca

Wczoraj, późnym wieczorem, zaczepiła mnie w centrum miasta jakaś starowinka, wspierająca się o żelazne ramię znaku drogowego.
– Bardzo pana przepraszam – powiedziała grzecznie. – Tak się składa, że jestem bezdomna i choruję na nowotwór. Potrzebuję dwa pampersy i tabletki. To kosztuje sześć złotych i czternaście groszy.
„A tam… – przeprowadziłem w umyśle szybką kalkulację. – Przecież nie zbiednieję”.
– To może kupię pani te pieluchy? – zaproponowałem. – Obok jest apteka.
– Dobrze, dobrze, dziękuję – padła odpowiedź. – Pampersów potrzebuję, z rzepami.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Nazwy tabletek już nie pamiętam. Rzeczywiście: za wszystko zapłaciłem sześć złotych i czternaście groszy. Wręczyłem starowince zakupy i udałem się na przystanek autobusowy, niebywale podkurwiony myślą, że, nie wiadomo ile, będę musiał czekać na transport do domu.
Gdy wszedłem na przystanek, niemal w tej samej sekundzie podjechał mój autobus.
Wraca dobro? Wraca. Niech nikt nie opowiada, że dzieje inaczej.

Opublikowano Uncategorized | 7 Komentarzy

Rozmowa z Januszem Świtajem

W tej rozmowie, chociaż odbyłem ją z osobą całkowicie sparaliżowaną i oddychającą za pomocą respiratora, znajdują się treści uniwersalne, drogowskaz dla każdego człowieka w pełni zdrowia i sił. Dzisiaj – w ramach tekstów publikowanych pod pseudonimem – wywiad z Januszem Świtajem. Dla jasności: Jerzy – imię mojego Ojca, Tabor – nazwisko panieńskie Matki.

Statuetkę „Człowieka bez barier”, jaką magazyn „Integracja” przyznał już po raz 12., pracownik Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko” odebrał dzisiaj, podczas uroczystej gali na Zamku Królewskim w Warszawie. O całkowicie sparaliżowanym i oddychającym za pomocą respiratora Januszu Świtaju stało się głośno, gdy, jako 32-latek, w roku 2007, zwrócił się z prośbą do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o zgodę na eutanazję, godną dla siebie śmierć.

– W tamtym czasie, po wypadku drogowym w 1993 roku, moim jedynym oknem na świat było najpierw okno Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej, a potem telewizor w mieszkaniu – wspomina Janusz. – W takiej całkowitej izolacji od świata zewnętrznego trwałem przez piętnaście lat. Byłem zdany wyłącznie na opiekę rodziców, widziałem ich coraz większe zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Chwilami ten widok stawał się dla mnie bardziej dobijający niż świadomość beznadziei, w jakiej się znalazłem, i osobistego dramatu.

– Ten okres bezpowrotnie masz za sobą. Jak odnalazłeś w sobie siły życia?

– Leżąc w łóżku podpięty do respiratora, nie przestawałem marzyć o najprostszych rzeczach, na przykład o wyjściu na spacer. Myślałem też o tym, co bym robił, gdyby do wypadku nie doszło: gdzie się uczył, pracował, jak wyglądałaby moja rodzina… W wyobraźni tworzyłem różne obrazy. To dawało mi siłę. Teraz wiele z tym planów, dzięki pomocy asystentów i rodziców, mogę realizować. Grono moich znajomych coraz bardziej się powiększa. Otworzyłem się na świat, więc świat otworzył się na mnie.

– Czy w tamtym, ponurym dla ciebie, czasie była chwila, która stała się przełomem?

– Owszem. Takim momentem były pierwsza wizyta w moim mieszkaniu pani Anny Dymnej i złożona mi przez nią propozycja pracy w fundacji „Mimo Wszystko”. Pojawiła się też szansa na specjalistyczny wózek z respiratorem. Zrozumiałem wtedy, że nie jestem sam, że mogę się stać komuś potrzebny i wreszcie, po piętnastu latach koszmaru, zdołam oderwać się od łóżka. Potem nastąpiły kolejne zmiany: decyzja o podjęciu nauki w liceum, zdawaniu matury, kontynuowaniu edukacji na wyższej uczelni… Najważniejsze było jednak to, że, w roku 1999, wydostałem się z OIOM-u. W tamtym czasie osoby z tak poważnym urazem kręgosłupa kończyły zazwyczaj swój żywot w szpitalnych łóżkach. Tymczasem ja, na wszelkie możliwe sposoby, starałem się pozyskać fundusze na zakup domowego respiratora. I udało się.

– Do egzaminu maturalnego podchodziłeś trzykrotnie.

– Nie poddawałem się. Życie nie polega na tym, by bezczynnie je przeleżeć. Matura była dla mnie sprawą ambicjonalną. Uważałem, że, jako dojrzały człowiek, powinienem ją mieć. A kiedy otrzymałem świadectwo dojrzałości, zdecydowałem się na dalszą edukację. Obecnie jestem studentem drugiego roku psychologii na Uniwersytecie Śląskim.

– Można by zapytać, po co osobie całkowicie sparaliżowanej matura albo dyplom wyższej uczelni.

– Nieraz słyszałem takie pytania: „Janusz, po co ci ta nauka, ten wysiłek?”. W ogóle nie zwracałem na to uwagi. Robiłem swoje. Tylko dzięki temu poszerzałem swoje poczucie wolności.

– Niektórzy mogą też powiedzieć: Świtaj miał fart. Przecież Anna Dymna nie każdego zatrudni w swojej fundacji. Nie każdy sparaliżowany człowiek może otrzymać specjalistyczny wózek z respiratorem…

– … i nie każda osoba niepełnosprawna ma tak oddanych rodziców jak ja.

– Otóż to.

– Fundacje i inne stowarzyszenia nie są w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb osób chorych i niepełnosprawnych. To bardzo trudne zagadnienie. Ludzi znajdujących się w potrzebie jest wielu.

– Co byś im powiedział?

– Przeleżałem w bezruchu oraz izolacji od świata przez piętnaście lat. Było ciężej albo bardzo ciężko. Wiem jedno: nigdy nie wolno tracić nadziei. Starałem się przetrwać te wszystkie trudne chwile, robiąc tyle, ile mogłem. Pisałem swoją biografię. Prowadziłem też własna stronę internetową, mimo że napisanie jednego zdania, za pomocą ołówka trzymanego w ustach, zajmowało mi nieraz parę godzin. Teraz, gdy mam wózek z respiratorem, pomoc asystentów i wsparcie ze strony Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, znacznie poszerzyłem zakres swoich działań.

– Mógłbyś wielu rzeczy nie robić, usprawiedliwiając się swoim stanem.

– Ale taki mam charakter, że chce mi się działać, poznawać świat i ludzi, pomagać im. Dlatego, niezależnie od pracy w fundacji „Mimo Wszystko”, angażuję się w wiele projektów społecznych i charytatywnych. Lubię dawać z siebie wszystko. Od narzekania nikomu się jeszcze nie poprawiło. Powiem więcej: niektórzy ludzie sami mocno pracują na to, by czuć się społecznie wykluczonymi.

– Dotyczy to nie tylko osób niepełnosprawnych.

– Tak naprawdę wiele barier sami budujemy w swoich głowach, pielęgnujemy w sobie poczucie krzywdy, pretensje. Przez to ograniczamy samych siebie. Czasami spotykam się z opiniami, że posiadam siłę przebicie, a inni jej nie mają i dlatego jest im gorzej niż mnie. Może mój tytuł „Człowieka bez barier” też spowoduje, że niektórzy powiedzą z żalem: temu Świtajowi za dużo w życiu się udaje.

– Może powiedzą. I co ty na to?

– Na wszystko ciężko pracuję. Staram się działać, likwidować bariery. Również te, które tkwią w moim umyśle. Robiłem to i robię cierpliwie, etapami. W ten sposób poszerza się horyzont moich możliwości. W życiu trzeba mieć właściwe priorytety. Zamierzam teraz skończyć studia, mieć jakieś wyniki. W dalszym ciągu pragnę też pomagać ludziom. A kiedy człowiek obierze cele w swoim życiu i zacznie je realizować, wtedy bariery znikają. Realizacja naszych zamierzeń wymaga jednak wysiłku oraz odpowiedniej postawy. To uniwersalna reguła. Obowiązuje wszystkich ludzi, bez względu na stan ich zdrowia czy zakres sprawności. Oczywiście bariery w moim życiu istnieją, chociażby te architektoniczne. Nie skupiam jednak na nich uwagi. I działam, mimo że istnieją.

Rozmawiał Jerzy Tabor

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy