Słońce nie zgasło, ptaki nadal śpiewają

Ten wywiad przeprowadziłem przed dwoma tygodniami w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka. Publikuję go na blogu, ponieważ posiada wydźwięk uniwersalny. Tak jest, niestety, że gdy z pełnym przekonaniem odnosimy nieraz wrażenie, iż nasz świat się wali, tkwimy jedynie w iluzji. Destruujemy wówczas  siebie na własne życzenie. Świat nasz – ten, w którym żyjemy, a nie ten, który wymyśla naszego ego – pozostaje wszak niezmienny: słońce nie gaśnie, ptaki nie przestają śpiewać, gwiazdy płoną tak samo…. I jest w tej rozmowie jeszcze o jednej istotnej sprawie: że najpiękniejsze są podróże w głąb siebie, bo tak naprawdę cały wszechświat jest w nas.

Rozmowa z Aliną Sapą, 18-letnią pacjentką Oddziału Onkologii, Hematologii i Chemioterapii  GCZD 

– Posiadasz niezwykłą pasję życia, ogrom radosnej energii.

– Skąd pan ma takie informacje?

– Od doktor Justyny Dubiel, tutejszego psychologa.

– Pani doktor jest wspaniała, robi z nami niezwykłe rzeczy, które dają siłę do walki z chorobą.

– Słyszałem, że zarażasz swoim uśmiechem. Zawsze byłaś taka radosna i pełna optymizmu?

– Przed chorobą taka nie byłam. Strasznie marudziłam. Nie miałam do siebie dystansu. Ciężko też dogadywałam się z rodzicami. Zbyt nerwowa byłam. Nauka szła mi opornie, wiele rzeczy odkładałam na później. I często nie wiedziałam, czego chcę. Na przykład teraz dużo czytam. Przedtem tego nie robiłam. Wolałam telewizję. Uwielbiam też tutaj relaksację, którą robi nam pani psycholog, i wizualizację. Odwiedzam wtedy czarodziejskie plaże, łąki… I w takich chwilach odkrywam, że cały wszechświat jest we mnie.

– Podróże w głąb siebie są najpiękniejsze. A kiedy pojawiła się w tobie ta wewnętrzna przemiana?

– Chyba wtedy, gdy trafiłam tutaj, na oddział.

– Cierpisz na bardzo poważną chorobę. Kiedy się o tym dowiedziałaś, pewnie nie było ci łatwo.

– Oczywiście, łezki poleciały. Ale potem powiedziałam sobie, że co ma być to będzie. Najważniejsze, by walczyć i nie załamywać się. Medycyna bardzo się rozwinęła. Trzeba zaufać lekarzom. Dlatego, kiedy przychodzą do mnie doktorzy, mówię: „Bierzcie i róbcie ze mną, co chcecie!”. Pani psycholog zawsze podkreśla: nastawienie musi być dobre, żeby w ciele działy się fajne rzeczy. Ten oddział szpitalny jest również takim okienkiem na świat. Dzięki przebywaniu tutaj, człowiek uświadamia sobie, co w życiu tak naprawdę jest najważniejsze. A kiedy to odkryje, uruchamia się w nim niezwykła radość. Kiedy przyjeżdżam na leczenie, robię zresztą wiele fajnych rzeczy, poznaję ciekawych ludzi, nawiązuję przyjaźnie. Gdybym nie trafiła do szpitala, chyba nigdy bym tego nie doświadczyła. Człowiek ma też tutaj czas, żeby porozmawiać z samym sobą. Taka rozmowa jest bardzo ważna.

– Jak to jest, że cieszysz się życiem, podczas gdy tylu ludzi zdrowych chodzi po świecie smutnych, a nawet ponurych?

– Myślę, że wiele osób nie potrafi docenić tego, co ma. Nie umieją zachwycać się chwilą: tym, że wieje wiatr, pada deszcz, świeci słońce  albo że przed oczami mignie im spadający jesienią kolorowy liść. Trzeba czerpać radość z najprostszych spraw. Także z uśmiechu dziecka. Niedawno zostałam chrzestną matką córki mojej siostry. Tak w ogóle mam już trzy siostrzenice. Kiedy widzę ich radość, gdy mówią: „O! Ciocia przyjechała!”, od razu robi mi się cieplej na duszy. Teraz jednak największą siłę czerpię z miłości. Z moim chłopakiem, Maćkiem, jestem już ponad pół roku.

– Rozumiem, że Maciek wie o chorobie.

– Kiedy lekarze postawili diagnozę, byłam z nim dopiero trzy tygodnie. Usłyszałam od niego wtedy, że będzie ze mną bez względu na wszystko i razem tę chorobę pokonamy. A proponowałam mu, żebyśmy zerwali, bo łatwiej rozstać się po krótkiej znajomości niż po dłuższym czasie.

– Niedawno Maciek oficjalnie poprosił cię o rękę. Gratuluję.

– Bardzo dziękuję.

– Słyszałem też, że twoja pozytywna energia porusza niemal wszystkich pacjentów tego oddziału.

– Może to prawda. Ktoś powiedział, że chyba jestem psychologiem i tylko udaję chorą. Kiedy trafiłam na oddział po raz pierwszy, spotkałam matkę, która była tutaj ze swoją córką Natalką. Rozmawiałyśmy o wielu sprawach, o miłości, małżeństwie, chorobie. Uświadomiłam tej pani, że w każdej sytuacji  najważniejsze jest to, by nie tracić wiary i nie poddawać się; że ona musi być silna, by pomagać swojemu dziecku. Nie można koncentrować się na chorobie, mieć złych myśli, bo wtedy ta choroba nabiera siły. Wiadomo: rak – trudna rzecz. Ale tyle osób już go pokonało. Dlaczego więc ja nie miałabym wyzdrowieć? Wiara i dobre myślenie to są rzeczy podstawowe. Nie tylko w chorobie. W zwyczajnym, codziennym życiu –  również. Problemy są tylko po to, by je rozwiązywać. A każdy dzień jest niespodzianką. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny poranek. Wspaniała rzecz, prawda?

– Fakt. A jak zareagowali na twoją chorobę znajomi?

– Różnie. Niektórzy „nie udźwignęli” sprawy: tego, że schudłam, że wypadły mi włosy. Ale najbliżsi przyjaciele zostali. To jest najważniejsze.

– Ludzie często nie wiedzą, jak zachować się wobec chorej osoby, boją się.

– A czego tu się bać? Chory człowiek to też człowiek. Należy traktować go normalnie. Bez nadmiernej tkliwości, współczucia. Po prostu normalnie. Ta normalność w traktowaniu jest osobom chorym ogromnie potrzebna. Ale różnie z tym bywa. Moi rodzice też nie umieli pogodzić się z moją diagnozą, ogromnie ją przeżywali, zbytnio rozczulali się nade mną. Tymczasem ja niemal od razu uświadomiłam sobie, że nie ma sensu roztkliwiać się nad sobą, tylko trzeba słuchać lekarzy, wierzyć w powodzenie terapii i walczyć. Teraz rodzice uspokoili się już trochę, „dali na luz”. I mówią nawet, że to moje początkowe nastawienie do choroby bardzo im pomogło. Zauważyłam zresztą, że często jest tak, że to chorzy stają się wsparciem dla zdrowych. A przecież powinno być odwrotnie.

– Jesteś silna.

– Uważam po prostu, że życie trwa. I nawet w chorobie trzeba starać się żyć w taki sposób, w jaki żyło się przed chorobą, czerpać siłę i piękno z każdego dnia. Z powodu tego, że zachorowałam, słońce przecież nie zgasło, ptaki nie przestały śpiewać, gwiazdy płoną tak samo jak wtedy, gdy byłam zdrowa. Nie ma więc powodu zbytnio się zamartwiać.

– Jakie masz teraz marzenia, prócz tego, by wyzdrowieć?

– Tak naprawdę choroba zeszła mi w głowie na dalszy plan. Najbardziej myślę teraz o swojej przyszłości: ślubie z Maćkiem, posiadaniu dzieci, chciałabym skończyć szkołę zawodowa i pójść do technikum, by zrobić dyplom technologa żywności i może potem otworzyć własną kawiarenkę. Ale najbardziej cieszy mnie to, że kiedy dzisiaj opuszczę oddział, pojadę do swojej siostry i wyściskam siostrzenicę.

– Dziękuję bardzo za poświęcony czas i rozmowę.

– To ja dziękuję.

Rozmawiał Wojciech Szczawiński

Informacje o szczaw

drobinaszczawiu@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Słońce nie zgasło, ptaki nadal śpiewają

  1. Justyna pisze:

    Wojtku, serdecznie dziękuję Ci w imieniu Alinki, swoim i wszystkich onko-pacjentów. Uchwyciłeś całą tę mądrość, która teraz płynie z ust Alinki, ale pewnie jest lub może być w każdym z nas, tylko, że dotąd jej nie dostrzegliśmy, szukając jakichś wielkich, niebanalnych spraw. Tymczasem to, co największe, najwspanialsze, najbardziej genialne oraz „życio- i szczęściodajne” jest najbardziej elementarne i każdy może to odkryć, jeśli tylko zechce…Dzięki 🙂

  2. egoistka pisze:

    Spektakularne nie karmi, karmi tylko cos prostego.
    Duzo zdrowia Alince i wszystkim onko-pacjentom. No i takich wspanialych psychologow z pasja, czemu tak malo o takich slychac?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s