Nie ma czego ratować

Po północy ktoś zaczął dobijać się do mojego mieszkania. „Panie Wojtku! Rodzice się biją! Proszę pomóc!” – na progu stał roztrzęsiony ośmioletni syn moich sąsiadów.

Zobaczyłem, jak N. i J., stojąc w łazience, tkwią w zapaśniczym zwarciu. Ani ich nie rozdzielałem, ani nie słuchałem. Najpierw odciągnąłem ośmiolatka do pokoju, by nie przyglądał się temu żałosnemu widowisku. Zresztą moje pojawienie się sprawiło, że małżonkowie od siebie odstąpili. Przybrawszy bojowe postawy, agresywnie licytowali się, kto kogo pierwszy uderzył. Potem on wyszedł trzaskając drzwiami. Z nią trochę posiedziałem, ponieważ potrzebowała się wygadać. Na co dzień N. i J. są niezwykle miłymi, kulturalnymi i uczynnymi ludźmi.

W tego rodzaju sytuacjach nie opowiadam się po żadnej ze stron. W przypływie silnych, negatywnych emocji ludzie zaczynają konfabulować, stają się stronniczy. Nie dostrzegają własnych błędów albo je ukrywają. Tymczasem w małżeńskich konfliktach wina leży zawsze po obu stronach – nawet jeśli, pozornie, jest niezauważalna. Nierzadko powodem napięć jest – jej, jego albo obojga – niskie poczucie własnej wartości. Alkohol, kłamstwa, zdrady, ciągnące się w nieskończoność kłótnie to jedynie objawy tego marazmu. Nagorzej dzieje się wtedy, gdy małżonkowie nie potrafią bądź nie chcą uporać się z własnymi deficytami psychicznymi i winą za rozkład więzi obarczają wyłącznie partnera. Wtedy w związku nie ma czego ratować.

Stereotyp wygląda następująco: mężczyzna to potwór, chce w małżeństwie dominować, natomiast kobieta jest ofiarą, której obowiązująca kultura wmawia, że niemal za wszystko powinna czuć się winna. I dalej: albo kobieta uwolni się spod kulturowego jarzma, weźmie w końcu partnera „za łeb” i zademonstruje wewnętrzną siłę oraz godność, albo powinna zerwać toksyczną relację. Uwielbiam wskazówki z wysokonakładowych, popkulturowych poradników. Takie lektury niebywale mnie rozweselają. Wielkość nakładu tych książek zdaje się rosnąć wprost proporcjonalnie do natężenia na świecie poczucia samotności, zagubienia oraz depresji. Pożytek z tych poradników zazwyczaj jest tylko taki, że ich autorzy nabijają sobie kiesy.

Znajomy psychoterapeuta opowiadał mi, że kiedy, podczas pobytu w Los Angeles, siedział w niewielkim kościele, przypadkowo był świadkiem ceremonii zawierania małżeństwa. Gdy kobieta i mężczyzna złożyli ślubowanie, kapłan zwrócił się do mężczyzny: „Tylko nie myśl, że ją kochasz”. Po chwili identyczne słowa powiedział pannie młodej. Dziwne? Nie. Raczej oczywiste. Przecież łączymy się w pary nie z miłości. Robimy to dlatego, że jesteśmy kimś nieziemsko oczarowani, chcemy mieć potomstwo, boimy się samotności, zdaje nam się, że przy mężu bądź żonie odnajdziemy poczucie bezpieczeństwa oraz stabilności… Taniec hormonów w naszych głowach, własne lęki i chciejstwo określamy mianem „miłość”. Zwykle też kobiety sądzą, że po ślubie partnerzy zmienią się na lepsze, natomiast mężczyźni sycą się iluzją, że partnerki pozostaną takie jak w okresie narzeczeństwa. Owszem, zakochanie może być zalążkiem miłości dwojga ludzi. Jednak samo z miłością niewiele ma wspólnego.

Jak to się dzieje, że niektóre małżeństwa potrafią przejść bez szwanku przez różne, nieraz dramatyczne drogi życia, natomiast inne rozpadają się pod ciężarem zwyczajnej codzienności? Jak to możliwe, że niektórzy z nas wstępują w formalne związki dwa, trzy, a nawet pięć razy i za każdym razem ich małżeństwo okazuje się niewypałem? Czy dzieje się tak dlatego, bo niektórzy mają straszliwego pecha, bo ich wzniosłe uczucia nie zostają należycie odwzajemnione? Albo: bo „miłość” się kończy? Jasne! Można sobie wmawiać rozmaite brednie, wierzyć w nie, a nawet przekonywać innych, by takie bredzenia też uznali za prawdę.

Z. i H. wielka „miłość” połączyła jeszcze w liceum, ciągnęła się przez okres studiów. Związek przypieczętowali formalnie dopiero po zrobieniu przez Z. lekarskiej specjalizacji. Zamożni ludzie. Weselisko mieli, że hej. Prawie czterystu gości na nim było. Po dwóch latach – klapa. Wielka, kilkuletnia „miłość” nagle gdzieś uleciała. Ku zaskoczeniu wszystkich Z. z H. wzięli rozwód. Ale znam też L. i P. W tym roku świętować będą srebrne gody. Małżeństwo zawarli w sposób dziecinnie lekkomyślny. Zrobili to mając dwadzieścia lat, w trakcie wakacji na Mazurach, podczas których się poznali. W czasie ceremonii zaślubin nawet ich rodzice nie byli obecni w niewielkim, wiejskim kościółku. Szaleństwo młodości, a jednak… Dwadzieścia pięć lat wspólnego życia to przecież nie byle co. I chociaż zdaje nam się, że reguł na trwanie i szczęście małżeństwa nie ma, to gwarantowany przepis na jego powodzenie chyba jednak istnieje.

Ciągle wracam myślą do tej opowieści. Jej autorem jest hinduski mistyk i znakomity psychoterapeuta Anthony De Mello.

Do mistrza zen przyszedł człowiek . Powiedział, że nie może znaleźć dla siebie partnerki, takiej, która by mu odpowiadała i którą bezgranicznie kochałby do końca życia.

– A jaka miałaby być ta kobieta? – zapytał mędrzec.

Człowiek zastanowił się przez chwilę, a potem rzekł:

– Wyobrażam ją sobie jako osobę mądrą, uczciwą, odpowiedzialną, miłą, czułą, wrażliwą, delikatną, piękną, zaradną, traktującą nasz związek w sposób partnerski, wierną, kochającą dzieci…

Dodał jeszcze kilka równie pozytywnych cech, po czym zapytał mnicha, co ma począć. Mędrzec zajrzał głęboko w oczy człowieka i odpowiedział spokojnie:

– Znam absolutnie pewną metodę, dzięki której będziesz mógł spotkać taką kobietę.

– Jaką?!  – krzyknął radośnie człowiek. – Jeśli mi ją zdradzisz, oddam ci wszystko, co posiadam!

– Niczego od ciebie nie chcę – odparł zagadkowo mistrz. – Problem w tym, że musisz mi przysiąc, iż zastosujesz tę metodę.

Przybysz zaczął więc przysięgać na wszystkie świętości, a kiedy trochę ochłonął, usłyszał cichy głos starca:

– Jeżeli pragniesz spotkać kobietę, która byłaby piękna, czuła, opiekuńcza, mądra, pogodna, uczciwa, zaradna i traktowała związek z tobą po partnersku, to sam taki musisz się stać. Tylko wtedy będziesz mógł ją znaleźć, a nawet jeśli jej nie spotkasz, będzie to dla ciebie bez znaczenia.

 

 

Informacje o szczaw

drobinaszczawiu@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Nie ma czego ratować

  1. ona pisze:

    Troche to potrwa, zanim ktos sie taki stanie wg rady mistrza 🙂 tymczasem samolubny gen multiplikuje sie sukcesywnie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s