Nieraz rozdzieramy niemal szaty, kiedy widzimy albo słyszymy, że atakowane są osoby, które uważamy za tzw. autorytety (moralne, polityczne, religijne itp.), za naszych mentorów albo duchowych czy intelektualnych przewodników. Nie sądzę, żeby była w tym prawda. W obronie niczyjej czci nie stajemy. Mieszanie w tego rodzaju reakcje sprawiedliwości, odwagi, poczucia przyzwoitości jest czystą egocentryczną iluzją. W rzeczywistości bronimy jedynie samych siebie, schematów myślenia, jakie przejęliśmy od ludzi budzących w nas podziw, które uważamy za wytwór własnego rozumowania. Trafia nas szlag, bo ktoś ma czelność kwestionować sposób postrzegania rzeczywistości dający nam bezpieczeństwo.
Im większa w człowieku niepewność i niezdolność do samodzielnego myślenia, tym więcej potrzebuje autorytetów, wzorców do naśladowania albo idoli. I tym większa w nim zaciekłość w bronieniu swoich „guru”. Osoba pewna siebie, w miarę samodzielnie myśląca (niestety, wszyscy jesteśmy mniej albo bardziej stuknięci), nie oburza się, nie reaguje agresją na odmienność wyznawanych przez innych poglądów, nawet, gdy usłyszy, że jego autorytet to głupiec. Mówi wtedy spokojnie: „Masz prawo myśleć w ten sposób”. I – co najistotniejsze – naprawdę tak uważa.