Szczęście i cuda nie istnieją

Źródło: Onaonaona.com

Jest w tym tekście fascynujące zdanie: „Kobiety jak M. albo E. jedynie uwodzą swoją słabością. Pięknem i siłą nie muszą, ponieważ piękne i silne są”. Wojciech Szczawiński oddaje dziś w  ręce kobiet władzę być może większą niż rzeczywista – podejrzewa, że nasza siła góruje nad mocą cudów i szczęśliwych zrządzeń losu. Dobrze w to wierzyć. A może faktycznie potrafimy działać więcej niż nam się wydaje? Kiedy los stawia nas pod ścianą – dajemy radę. Ale i bez tego… Czy jesteśmy cudotwórczyniami?

W życiu nieraz przytrafiają się zdarzenia, które traktujemy jako cuda albo szczęście. Coś na ten temat mógłbym powiedzieć. W trakcie edukacji repetowałem dwie klasy. Na półrocze w pierwszej klasie liceum pobiłem też pewien rekord: otrzymałem dziewięć ocen niedostatecznych (na jedenaście przedmiotów). Za to z wychowania fizycznego i przysposobienia obronnego – piątki. W latach licealnych nie przeczytałem też żadnej lektury. Przysięgam, nie wiem, jakim cudem przebrnąłem przez wszystkie klasy, a potem maturę. Dzisiaj w szkole średniej, do której uczęszczałem, moje zdjęcie wieszają w gablocie i twierdzą, że jestem absolwentem, którym liceum się chlubi. Śmiać mi się chce. Naprawdę. Tamtejsze grono pedagogiczne kilkakrotnie zapraszało mnie po to, żebym do młodzieży jakoś tam przemawiał. Skorzystałem z takiego zaproszenia raz. Z ciekawości. Stojąc na mównicy, pozdrowiłem jedynie uczniów. W kolejnych latach grzecznie odmawiałem uczestnictwa w tych spotkaniach. Niby co miałbym mówić do licealistów? „Uczcie się sumiennie, prowadźcie starannie zeszyty, czytajcie książki”? Nie mam zamiaru robić idiotów z młodych ludzi i sugerować im rzeczy, do których, w ich wieku, odczuwałem żywiołową niechęć. Ale mniejsza o szczęścia oraz cuda, jakich wtedy i potem – rzekomo – zaznałem.

Weźmy na przykład takiego W., mojego kolegę z liceum: powierzchnia całej twarzy zdeformowana bliznami, zniekształcony czubek czaszki, u rąk zaledwie dwa albo trzy palce. W. płonął w pożarze, jako niemowlak. Przyznam, że jego serdeczność początkowo budziła we mnie odrazę – czułem wstręt, gdy tę zabliźnioną i pozbawioną palców dłoń wyciągał do mnie na powitanie. Chłopak był niezwykle koleżeński. Chodził do innej klasy niż ja, blisko z nim nie byłem. Po maturze straciłem człowieka z oczu. Nagle dowiedziałem się, że ożenił się z K., jedną z najpiękniejszych dziewcząt naszego liceum, że ma z nią trójkę dzieci. Zbaraniałem. Mało tego. Skończył Akademię Sztuk Pięknych. Jakiś rok temu byłem na jego wernisażu. Mój kolega, na którego wołano „Frankenstein”, mimo że nie posiada palców u dłoni, żyje dzisiaj z profesjonalnego tworzenia rzeźby i grafiki, wystawia swoje prace w Polsce i poza nią. Z K., która jest konserwatorem zabytków i nadal pozostaje piękną kobietą, oraz trójką swoich dzieci, tworzy szczęśliwą rodzinę. Niby cud. Niby W. można zazdrościć życiowego szczęścia.

Albo weźmy E. Partner życiowy, któremu urodziła wspaniałą córkę, długi czas maltretował ją psychicznie i fizycznie. Opowiadała mi, że w tamtym okresie najgorsze były dla niej weekendy. Kiedy nie szła do pracy, cały czas, zastraszana, spędzała na łasce swego „władcy”. Była na skraju głębokiej depresji. W końcu nie wytrzymała. Pewnej nocy spakowała jedną torbę, ubrała dziecko i opuściła mieszkanie, które było również jej własnością. Zostawiła partnerowi cały dorobek ich wspólnego, kilkunastoletniego życia. Parę miesięcy mieszkała kątem u matki. Chciała być jednak na swoim. Wynajęła więc piętnastometrową kawalerkę i zamieszkała w niej razem z córką. Łatwo nie miała. Jako sekretarka, zarabiała niewiele. Chcąc zapewnić czteroletniej dziewczynce jak najlepsze warunki, całe to pomieszczenie urządziła na pokój dziecięcy. Spała na materacu, bo drugie łóżko już się nie mieściło. I żyła tak blisko dwa lata. A co w tym czasie przeszła! Thriller by można nakręcić. Jej eks, jako „pan” i „władca”, poczuł się strasznie urażony. Dostrzegł, iż E., pozbawiona jego „łaski”, ani nie umarła z głodu, ani rozpaczy, ani nie zamieszka pod mostem. Zaczął więc wszczynać żałosne awantury, nękał E. pocztą elektroniczną i telefonami, w których wymyślał jej od najgorszych. W głowie mu też nie było, by łożyć na utrzymanie własnego dziecka. Trudno również zliczyć, ile razy nachodził E. w towarzystwie policjantów. Wmawiał na komisariacie, że jego córka ma przy matce koszmarne warunki. E. znosiła to wszystko z godnością, chociaż na skraju wyczerpania nerwowego. Ogromnie martwiło ją jedno: jak poradzi sobie w swoim malutkim mieszkaniu, kiedy córka pójdzie do szkoły. Los nagrodził jednak jej kobiecą odwagę oraz dumę. Okazało się, że znajoma jej siostry wyjeżdża na kilka lat za granicę i – nie chcąc w zamian żadnych pieniędzy – szuka kogoś, kto zamieszka w jej domu.

Dzisiaj E. żyje ze swoją pociechą w dwupokojowych, komfortowych warunkach, jest szczęśliwa, od niedawana startuje w maratonach biegowych. Wygrała też ze swoim eksem ponadroczną batalię sądową o przyznanie opieki nad dzieckiem. A po koszmarze, jaki przeszła, twierdzi, że w życiu wielkie cuda naprawdę się dzieją. Trzeba tylko tym cudom pomagać, no i należy też mieć szczęście.

Z kolei M. jest dwukrotną rozwódką, pracuje obecnie w renomowanym szpitalu. Jako anestezjolog. Mieszka z młodszą córką w apartamentowcu: zadowolona z życia, uśmiechnięta do świata, urzekająca pięknem zewnętrznym i wewnętrznym. Ma pięćdziesiąt lat, czego nie ukrywa. Nikt, kto blisko nie zna tej kobiety, nie podejrzewa nawet, przez jakie przeszła piekło. „Nie miałam nic, samotnie z dzieckiem żyłam na krawędzi – opowiadała mi. – To był koszmar. I wiesz, co dało mi kopa? Historia Hioba, bo byłam w tamtym czasie jak ten Hiob. Zwalała się na mnie tragedia za tragedią. Sytuacja zdawała się być bez wyjścia”. Ten przysłowiowy kop polegał między innymi na tym, że M. zostawiła męża alkoholika, a jednocześnie postanowiła przeprowadzić radykalne zmiany w swoim życiu. Siła kopa miała tak ogromną moc, że zrobiła specjalizację z anestezjologii, przeprowadziła się do innego miasta, zaciągnęła kredyt na mieszkanie i ciężką pracą zaczęła go spłacać. Dzisiaj emanuje dziewczęcym wdziękiem, klasą, elegancją i dumą. „Potworze, już nie daję rady…” – mówi mi nieraz przez telefon. Wiem jednak, że jest to tylko kokieteria. Takie kobiety jak M. albo E. jedynie uwodzą swoją słabością. Pięknem i siłą nie muszą tego robić, ponieważ piękne i silne są.

Uwielbiam kobiety mądre, silne, inteligentne, wrażliwe, z poczuciem humoru i dystansem do siebie (siła pozbawiona czaru kobiecości to jedynie objaw kobiecej frustracji). Uwielbiam je z czysto egoistycznych względów: tylko takie panie mogą być dla mężczyzny partnerem w każdym wymiarze codzienności, a przy tym wspierać faceta w jego głupocie oraz słabości. Tworzyłem związki z takimi kobietami. I jedno mogę powiedzieć: chociaż, jako kobiety, nic już dla mnie nie znaczą, to jednak wciąż ogromnie cenię je jako ludzi.

Myśląc o E., M. i kilku innych paniach, jakie miałem szczęście poznać, wiem, że los nagradza i prowadzi ku spełnieniu tych, którzy odważnie stawiają czoło codzienności. Żadne cuda i szczęście nie istnieją. Jest tylko ludzka, niepojmowana rozumem, moc oraz nasze trafne – choć nieraz sprawiające wrażenie ryzykownych – decyzje.

Wojciech Szczawiński

 

 

Informacje o szczaw

drobinaszczawiu@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Szczęście i cuda nie istnieją

  1. Agnieszka pisze:

    Bardzo pięknie Pan to napisał. Wracam sobie często do tego tekstu w chwilach zwątpienia i słabości bo to dodaje mi siłę, dziękuję.
    Agnieszka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s