Małpiarnia i rynsztok

Źródło: Onaonaona.com

Rynsztok, chamstwo, prymitywizm. Dostanie się tym, którzy chętniej przyglądają się cudzym „tyłkom” niż własnemu życiu. Szpiegującym mediom i radosnym konsumentom wpadek osób publicznych. Ale… naród jaki jest, każdy widzi. Naród kocha podglądać. Jak się Szczawińskiemu nie podoba – niech zmieni naród. Tak można by powiedzieć. Ale to za proste. Bo autor mówi o sobie. ON nie lubi prymitywizmu i magla. A ONE? Kto się odważnie podpisze pod odważną krytyką?

Jako młody człowiek, najmniejszych skłonności do pisania nie miałem. Nawet przeciwnie. Czynność ta budziła we mnie obrzydzenie. Najpewniej pisać zacząłem z powodu głęboko zakorzenionych we mnie kompleksów. Pierwszą pracę zawodową – na etacie korektora – podjąłem w redakcji prasowej w roku 1990. Z podziwem patrzyłem wtedy na dziennikarzy. Piekielnie zazdrościłem im tego, że mogą stykać się ze znanymi postaciami, a artykuły, jakie piszą, czytają tysiące ludzi. Poza tym odtrąciła mnie wtedy dziewczyna, w której nieziemsko byłem zakochany. Chcąc się dowartościować i ulżyć sobie w cierpieniu, postanowiłem również zostać redaktorem.

Pierwszym moim artykułem był tekst poświęcony wychowaniu fizycznemu w szkołach. Wydrukowano go dopiero po paru miesiącach i – kryć tego nie będę – jako tak zwaną zapchajdziurę. Pamiętam dumę, z którą spoglądałem wtedy na kolegów dziennikarzy. „Jestem jednym z was!” – śpiewało radośnie mojego ego. Niedługo potem przeprowadziłem wywiad z psychiatrą. Nie miałem jeszcze dyktafonu. W gabinecie lekarskim zjawiłem się z ogromnym, dwukasetowym magnetofonem (już takich nie produkują). Zapewne wprawiłem tym doktora w niemałe zdumienie. Może w pierwszej chwili przez myśl mu nawet przemknęło, że ma do czynienia z pacjentem, który – w rozdwojeniu jaźni – uważa siebie za dziennikarza.

Po pewnym czasie postanowiłem sięgnąć „na wyższą półkę”. Powziąłem zamiar zrobienia wywiadu z ówczesnym posłem, niegdyś policyjnym komandosem. Rany! Jak ja to przeżywałem! W gajerku, rozpierany dumą, z legitymacją prasową w kieszeni, jechałem na delegację do stolicy! Poseł powitał mnie elegancko i zaprosił do sejmowej restauracji. „Może pan coś zje, redaktorze?” – zapytał uprzejmie. „Nie, nie, panie pośle – odparłem ze ściskającą gardło tremą. – Tylko kawę poproszę”. Owszem, chętnie bym coś przegryzł, lecz obawiałem się, że drżącymi ze zdenerwowania dłońmi mogę porozbijać talerze, a przy okazji okaleczyć posła sztućcami. Dyktafon już wówczas posiadałem. Zaczęliśmy rozmowę. Poseł opowiadał o pewnej akcji antyterrorystycznej. „I wie pan, redaktorze, gdy ten bandzior mi przypier…, to myślałem, że kitę odwalę” – wyznał. W tamtej chwili – jak za dotknięciem magicznej różdżki – wszelkie napięcia ze mnie uleciały. „Swój chłop!” – pomyślałem radośnie. Wtedy, bodajże po raz pierwszy, zdałem sobie sprawę, że te wszystkie gwiazdy, znani politycy, sławne postacie filmu albo redaktorzy to identyczni ludzie jak ja.

Z czasem publikowałem coraz więcej. Kolegium redakcyjne zaczęło przyznawać mi nagrody. Ba, jeśli pojawiał się trudny temat i niechętni do rozmów bohaterowie wydarzeń, mówiono: „Wyślijcie tam Szczawińskiego, on to załatwi”. No i, bywało najczęściej, załatwiałem. Tak oto leczyłem się z kompleksów i poznawałem „wielki” świat. W końcu postanowiłem specjalizować się między innymi w przeprowadzaniu rozmów z osobami publicznymi. A im więcej takich wywiadów miałem za sobą, tym bardziej rozumiałem, że te znane powszechnie postacie, to zwyczajni, normalni ludzie, natomiast wykonywanie zawodu dziennikarza nie jest efektem boskiego namaszczenia, lecz identycznym zajęciem jak praca sprzątaczki, nauczyciela czy inżyniera. Ważne jest jedno: rzemiosło należy wykonywać solidnie.

Mam dzisiaj mniej kompleksów niż dawniej. Nie odczuwam potrzeby przebywania w „wielkim świecie” i przeprowadzania wywiadów z osobami publicznymi. Zresztą gdybym musiał o nich pisać w taki sposób, w jaki robi się to obecnie, za każdym razem dostawałbym torsji. Kto z kim tworzy jaki związek, kto kogo zdradził i kiedy, kto się rozwiódł, a komu urodziło się dziecko, kto miał romans bądź był molestowany w dzieciństwie, jak kto wygląda w bikini, kąpielówkach albo kreacjach podczas bankietów, która z celebrytek ma przystojniejszego faceta, lepszy biust, torebkę, nogi lub tyłek – oto sedno współczesnego traktowania sporej części osób publicznych. A co mnie to obchodzi, do jasnej cholery? Jednak, zadając to pytanie, muszę natychmiast stwierdzić, że jestem w mniejszości. Przecież te maglowo-rynsztokowe niusy muszą być bardzo zajmujące. Gdyby takie nie były, nie publikowano by zdjęć oraz informacji tworzących z show-biznesu jarmarczny spektakl, małpiarnię.

Im większe jest natężenie medialnej małpiarni, im więcej plotek na temat osób publicznych pojawia się w środkach masowego przekazu – co równoznaczne jest z narastaniem na nie zapotrzebowania – tym bardziej wyrazisty staje się brak naszej społecznej wrażliwości i szacunku dla cudzej intymności. Jeżeli kogoś traktujemy jak małpę i sycimy się jego zdjęciami wykonanymi z ukrycia, takimi czy innymi porażkami albo niedoskonałościami, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co dana osoba w istocie reprezentuje, to znaczy, niestety, że obrastamy w prymitywizm.

Skupianie uwagi jedynie na cudzym „tyłku” to przejaw arogancji, uprzedmiotawiania człowieka, traktowanie go jako istoty pozbawionej rozumu, wolnej woli i wrażliwości. To chamstwo. Chociaż z drugiej strony – trzeba rozumieć to narastające prymitywizmem zainteresowanie przeważającej części społeczeństwa światem osób publicznych. Sporo ludzi ma kłopot z własnym istnieniem. Nie starają się jednak porządkować swojego życia. Są na to za leniwi i głupi. Podekscytowani wsiową ciekawością oraz brakiem szacunku dla drugiego człowieka, wolą zajmować się cudzą codziennością. Szczególną satysfakcję odczuwają wtedy, gdy czyjeś życie – najlepiej osoby medialnej, odnoszącej sukcesy – nie układa się albo kiedy można je obśmiać, obgadać, wejść z buciorami w cudzą intymność, zajrzeć w rozporek czy pod spódnicę. Wówczas człowiek mały umysłem i duchem wydaje się sobie pod każdym względem większy. Narastająca popularność tabloidów oraz portali plotkarskich świadczy, niestety, o tym, że natężenie naszej małości wzrasta.

Cieszę się, że nie mam dzisiaj etatu w żadnej redakcji. Do norm pracy obowiązujących obecnie w mass mediach posiadam bowiem stosunek wysoce ambiwalentny. A o tym, dlaczego taki jest, napiszę za dwa tygodnie.

Wojciech Szczawiński

PS Moje spostrzeżenia nie dotyczą tzw. gwiazd, które, z własnej woli, demonstrują publicznie swoje „majtki”, po to, żeby podtrzymać celebrycki status. Takie „gwiazdy” są podobnie żałosne jak wsiowi odbiorcy kreowanej przez nie małpiarni, a także ci, którzy żyją z przekazywania tej publice wieści rodem z rynsztoka i magla.

Informacje o szczaw

drobinaszczawiu@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Małpiarnia i rynsztok

  1. yossi pisze:

    Jeszcze raz Szczawiński, ale ten lżejszy, podchodzący do poważnych spraw z wisielczym humorem- łapka w górę .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s