Czarownice i feministki

Już na pierwszej randce E. poinformowała mnie łaskawie, że jest feministką i że ów feminizm zaszczepia także swojej 6-letniej – wówczas –  córce Zuzi (od Zuzi usłyszałem kiedyś arcyfeministyczne hasło, które niemal zwaliło mnie z nóg: „Dziewczyny górą, chłopaki – kanałami!). Po dwóch następnych spotkaniach dowiedziałem się też, że jednym z ulubionych wyrazów E. jest słowo „wykluczone”, po czym nieraz tego wykluczania na sobie doświadczałem. Zdarza się co prawda, że resztkami sił usiłuję ocalić przy E. swoją męską godność, jednak, kiedy nieśmiało zgłaszam jakieś pretensje, natychmiast słyszę w odpowiedzi argument: „Ostrzegałam cię od początku, że jestem czarownicą”.

Przekonałem się także, że E. jest potwornie harda. Nie musi podnosić głosu. Wystarczy, że na mnie spojrzy, a natychmiast zachowuję się zgodnie z jej życzeniem i skłonny jestem do wszelkiej uległości. Zaznaczyć też powinienem, że nigdy jeszcze do sprzeczki między nami nie doszło. Powód jest prosty: E. umie wywierać na mnie presję w sposób doskonały. Jak na Czarownicę przystało, manipuluje mną tak przebiegle, że zawsze daje mi poczucie, iż tę czy inną decyzję podejmuję samodzielnie (Ona zaś zachodzącemu we mnie procesowi decyzyjnemu jedynie przypatruje się bezbronnie, wszak tylko głupiutką blondynką jest – jak o sobie mówi).

Pewnego razu, kilka miesięcy temu, była trzecia nad ranem.

– Wiesz – powiedziałem do E., leniwie przeciągając się w pościeli – prażonej kukurydzy bym zjadł.

Naturalnie oczekiwałem, że natychmiast usłyszę feministyczną zjebkę w stylu: „Zrób sobie sam!”, „Nie jestem od tego, żeby ci usługiwać”,  „Chyba zgłupiałeś, by prosić mnie w środku nocy o takie rzeczy!” itd., itp. Przygotowany też byłem na to, żeby wydać z siebie złośliwy rechot i podkreślić, że co prawda na kukurydzę w żadnej postaci ochoty nie miałem, ale pragnąłem zobaczyć w E. banał współczesnej, zakompleksionej kobiety oraz usłyszeć feministyczny bełkot.

Ale – ku mojemu zdumieniu – E. podniosła się z łóżka i, bez słowa, zaczęła uroczo krzątać się po kuchni.

– Kochanie, kakao bym również wypił – usiłowałem jeszcze podkręcić roszczeniową śrubę, by wywołać w E. typowe feministyczne reakcje obronne. Bezskutecznie. Po chwili stała przede mną micha z prażoną kukurydzą oraz kubek dymiącego kakao. Zgłupiałem.

– Proszę bardzo, kochanie – E. uśmiechnęła się do mnie tkliwie i ujmująco. – Chcesz dziwkę, pielęgniarkę, kucharkę? Wystarczy, że pstrykniesz na mnie palcami, serio.

I wtedy dokonałem kolejnego odkrycia: E. posiada na tyle rozwinięte poczucie własnej wartości, że doskonale wie, iż zrobienie facetowi posiłku w środku nocy, niczego Jej z kobiecości nie ujmuje.

Po chwili E. usnęła za moimi plecami. A ja, zajadając kukurydzę i zapijając ją kakao, przypomniałem sobie słowa pewnego mędrca: Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz (Mt 5, 40). Albo: Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące (Mt 5, 41).

Słowa mędrca o płaszczu i krokach absolutnie nie mówią o tym, żeby ulegać przemocy i pozwalać na to, by inni nas wykorzystywali. Przedstawiają raczej reakcję człowieka o ogromnej sile wewnętrznej: „Chcesz koszulę? – pyta taki. – Proszę bardzo, gościu, chuj z tobą. Weź sobie także mój płaszcz, bo widzę, że bida z nędzą jesteś”. Albo: „Tylko tysiąc kroków chcesz, żebym z tobą przeszedł?! Ja pierdolę! Tak mało?! Stać mnie na to, żeby przejść tych kroków z tobą dwa tysiące. Nie chcesz? Za słaby jesteś na to? O kurwa, szkoda!”.

Na tej samej zasadzie E. – manifestując swoją kobiecą siłę i duchową wolność – postąpiła z moją nocną zachcianką. Jestem pewien, że, gdybym miał ochotę, również obiad by dla mnie ugotowała o trzeciej nad ranem. Takie rzeczy to dla E. żaden wysiłek, kilkakrotnie się o tym przekonałem. A Luba ma gotuje naprawdę wyśmienicie. Kiedy pyta przed naszymi spotkaniami, co mam ochotę zjeść, odpowiadam: „Cokolwiek zrobisz, będzie mi smakowało”. I to jest prawda. Nawet zupę szczawiową E. robi wyborną.

E. imponuje mi i wzbudza mój szacunek przede wszystkim dlatego, że zna własną wartość, że jest mądra – że nie manifestuje swojego kobiecego wyzwolenia w sposób taki, w jaki to robią zblazowane i neurotyczne feministki, które na każdym kroku wyczuwają męski podstęp. Biedne, zakompleksione frustratki… Budzą we mnie jedynie odruch litości. Natomiast Czarownice pokroju E., czyli Istoty odznaczające się autentyczną kobiecą dumą, klasą i siłą – uwielbiam. Niestety, wokół siebie Czarownic dostrzegam coraz mniej. Za to znerwicowanych feministek, czyli pokracznych imitacji kobiecej hardości, przewalają się tabuny.

Informacje o szczaw

drobinaszczawiu@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Czarownice i feministki

  1. Anna Maria pisze:

    Ech Ty ! Jedna robi Ci w nocy kanapki i herbatę, inna zaś kukurydzę prażoną i kakao…..jeszcze inna co innego……..Dobrze się masz niespotykanie. Jak Ty to robisz !Czy psychologia ma tu coś do rzeczy?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s