Ludzka twarz polityków

Niccolò di Bernardo dei Machiavelli uświadomił światu, iż w polityce nie liczy się moralność, lecz wyłącznie skuteczność, bez względu na to, jaka opcja jest przez polityka reprezentowana. Ważne jednak, by polityk był nie tylko skuteczny, ale także sympatyczny, otwarty na ludzi albo – przynajmniej – by pozory takiej otwartości stwarzał. Ot co, by miał ludzką twarz.

O wywiad z Donaldem Tuskiem zabiegałem bodajże przez dwa albo trzy tygodnie. Było to w czasach, gdy nasz obecny premier pełnił urząd Wicemarszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Siedzę już w pociągu do Warszawy. Nagle otrzymuję telefon. Telefonuje sekretarka Tuska. Mówi, że marszałek nie da rady spotkać się ze mną, bo bardzo, bardzo, ale to naprawdę bardzo jest w tym dniu zajęty. Poinformowałem grzecznie panią sekretarkę, że zajmuję już miejsce w pociągu, a pociąg ten ma to do siebie, że zatrzymuje się dopiero w Warszawie. Zapytałem też, co w takim razie może zaproponować. Po chwili milczenia, odparła, żebym jednak przyjechał do wicemarszałka. Zatem stawiłem się w jednym z gabinetów Sejmu RP. Chwilę poczekałem w towarzystwie miłej pani sekretarki, a po kilkunastu minutach powitał mnie uśmiechnięty Donald Tusk.

– Przepraszam pana – zapytał uprzejmie, kiedy weszliśmy już do jego gabinetu – czy mogę zapalić?

– O to samo chciałem pana marszałka spytać – roześmiałem się.

Przez cały czas naszej rozmowy czułem, że dyskutuję z normalnym, bardzo serdecznie nastawionym do świata i ludzi człowiekiem. Rozmawialiśmy nie tylko na temat tego, czemu poświęcony był wywiad. Również o życiu, psychologii, wkraczając nawet nieco na płaszczyzny filozoficzne.  Tusk traktował mnie bez jakiegokolwiek tonu wyższości i lekceważenia, jak partnera, którego lubi i szanuje. Na pytania odpowiadał konkretnie i raczej niedemagogicznie, przez co, jako polityk, wzbudzał mój szacunek. Nasza rozmowa trwała ponad dwie godziny. Na pożegnanie ofiarował mi swoją książkę z dedykacją: „Panu Wojciechowi Szczawińskiemu w podziękowaniu za świetną rozmowę – Donald Tusk”.

Donalda Tuska więc lubię, ponieważ odczułem, że ma on do ludzi szacunek, a ponadto nie jest sztuczny, nadęty itd. Jego obecny wizerunek medialny przypomina mi atmosferę naszej rozmowy sprzed lat. Uważam go zatem za polityka wiarygodnego.

Zdarzyło się też, że przyjechałem do Warszawy w celu przeprowadzenia wywiadu z Januszem Tomaszewskim, wicepremierem w rządzie Jerzego Buzka. Kiedy zjawiłem się w budynku MSWiA, zatelefonowałem grzecznie do asystenta Tomaszewskiego z informacją, że oto stawiłem się tak, jak to było umówione.  Pecha jednak miałem. Usłyszałem, że, niestety, pan wicepremier nie może się ze mną spotkać, ponieważ jest zajęty. Bardzo zajęty, rzecz jasna. Poirytowanym nieco tonem odparłem, iż mam w życiu ciekawsze rzeczy do roboty niż przeprowadzanie wywiadów z politykami, jazdy pociągami z Katowic do Warszawy i że o odwołaniu wywiadu pan asystent winien poinformować mnie wcześniej, bo takie zachowanie nakazuje elementarna kultura osobista. Efekt: kazano mi czekać.

Była bodajże godzina czwarta po południu. Minęła piąta, szósta, około siódmej udałem się na kawę i kolację do jakiejś podrzędnej knajpy. I nic. Dopiero przed ósmą otrzymałem informację, że na – ewentualne – spotkanie z wicepremierem Tomaszewskim muszę przyjechać do budynku przy Wiejskiej. Jadę więc, a tam, na korytarzach sejmowych, tłoczy się stado dziennikarzy. Posłowie solidarnościowi mieli właśnie naradę w sprawie tzw. afery żelatynowej.

Asystent Tomaszewskiego przeprowadził mnie przez dziennikarski tłum i  wprowadził w kuluary sali plenarnej, do których żaden reprezentant mass mediów dostępu nie miał. „Ten pan może wejść” – informował straż sejmową, która chciała uniemożliwić mi przejście.
Usiadłem grzecznie naprzeciw ochroniarzy z BOR-u, którzy toczyli między sobą dyskusję na temat tego, który ile nadgodzin już wypracował. Po kilku minutach wyszedł do mnie wicepremier, odpowiedział na dwa pytania, po czym wrócił na salę obrad. Następnie znowu na moment z niej wyszedł, zamienił ze mną parę słów i ponownie zniknął. Takich rund wykonała kilkanaście. Wywiad z nim jednak przeprowadziłem. Było już po 22.

– Proszę pana – odezwał się do mnie asystent Tomaszewskiego. – Wiemy, że ostatni pociąg do Katowic odjeżdża za piętnaście minut. Na dworzec PKP odwiezie więc pana auto premiera. Tak pan premier zdecydował.

Dzięki uprzejmości wicepremiera Janusza Tomaszewskiego, spod sejmowego budynku odjeżdżałem rządową lancią. Na pociąg zdążyłem. Marnie tylko, że w tym pociągu usnąłem. Przejechałem Katowice i obudziłem się dopiero w Gliwicach.

Pierwszy polityk, z którym przeprowadzałem wywiad, to Jerzy Dziewulski. Byłem wówczas początkującym pismakiem, więc spotkanie z nim ogromnie przeżywałem. Wskoczyłem w gajerek, przyczesałem włosy, które w tamtym czasie jeszcze na głowie miałem, a, przekraczając po raz pierwszy próg sejmowego  budynku, tremę odczuwałem piekielną. Zdawało mi się, że oto – chociaż czuć ode mnie nizinami i bylejakością – wkraczam w WIELKI ŚWIAT.

Dziewulski przywitał się ze mną bardzo kulturalnie i zaprosił do sejmowej restauracji.

– Może pan coś zje, redaktorze? – zaproponował, bo pora była obiadowa.

– Nie, nie… Bardzo dziękuję – odparłem, starając się ukryć przerażenie. – Tylko kawę poproszę.

Jasne! Chętnie bym coś zjadł. Problem w tym, że byłem stremowany i onieśmielony atmosferą WIELKIEGO ŚWIATA. Obawiałem się, że gdy sięgnę po nóż i widelec, moje ręce zaczną potwornie dygotać; że na skutek tego onieśmielenia i tremy, spowodowanych obecnością posła, zakrztuszę się posiłkiem, dostanę drgawek i nie wiadomo, co jeszcze; że w takiej sytuacji moja zaściankowość ujawni się w całej krasie.

Pełen napięcia, wciąż nie mogąc oswoić się z atmosferą WIELKIEGO ŚWIATA, dukałem jakieś pytania. Dziewulski odpowiadał na nie spokojnie i rzeczowo. W pewnym momencie, wspominając swoją antyterrorystyczna karierę, powiedział:

– No i wie pan, redaktorze, jak ten bandzior mi przypierdolił, to myślałem, że kitę odwalę…

Na dźwięk tych słów poczułem ulgę. Wszelka trema i ekscytacja wyparowały ze mnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. „Swój chłop!” – pomyślałem z radością o Dziewulskim.

Na kolejne rozmowy z politykami jeździłem już bez jakichkolwiek ekscytacji, nawet z lekkim znużeniem. Zrozumiałem, że ten ich WIELKI ŚWIAT jest tak naprawdę światem przyziemnym i banalnym, nawet bardziej prostackim niż życie moje i pozostałych przeciętnych zjadaczy chleba. Inne moje spotkania z politykami potwierdziły, niestety, w pełni to przekonanie.

Najgorzej w moim politycznym rankingu wypadł Andrzej Lepper, który w ogóle nie odpowiadał na zadawane pytania, lecz zasypywał mnie swoimi wizjami Polski, następnie Lech Wałęsa, który też kiepsko odpowiadał na pytania, ale, w odróżnieniu od Leppera, był sympatyczny i nie stwarzał atmosfery napięcia podczas rozmowy. Najgorzej wypadł w moich oczach niejaki poseł Rutkowski, rzekomo superdetektyw. Kazał mi czekać na siebie trzy albo cztery godziny. Po upływie tego czasu łaskawca kiwnął na mnie ręką w restauracji sejmowej i, lekko wstawiony browarem, rozpoczął niezdarnie swoje wynurzenia.

Informacje o szczaw

drobinaszczawiu@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s